Przykre konsekwencje wożenia soczku pomarańczowego

Stuben, 31/03/2011

Do Stuben leżącego za przełęczą Arlberg dotrzeć można na nartach, musimy tylko wjechać najpierw funitelem na Galzig, a następnie przesiąść się na kolej linową zmierzającą pod grań Vallugi. Stamtąd kilka kilometrów przyjemnego zjazdu, potem mostkiem nad drogą wiodącą w kierunku przełęczy i wkrótce docieramy do dolnej stacji wyciągu krzesełkowego wywożącego narciarzy w znajdujący się po drugiej stronie doliny rejon Albony. Cała ta przeprawa zajmuje około godziny, a potem szusowania po ciekawie poprowadzonych trasach ma się do woli.

Jadąc kolejką krzesełkową, trudno nie zauważyć w szerokiej kotlinie po lewej stronie szarej betonowej budowli, wyglądającej jak skrzyżowanie schronu ze stacją badawczą. Podobną widzieliśmy już przed Sankt Anton, tam gdzie zaczyna się tunel drogowy. Sami więc doszliśmy do tego, że jest to ujście kanałów wentylacyjnych, kryjące w sobie system filtrów oczyszczających ze szkodliwych spalin wyciągane z tunelu powietrze. Tyle że tutaj na zboczu Albony stacja wentylacyjna zbudowana jest jakieś 700 metrów powyżej poziomu tunelu. Nakopali się więc wówczas nie tylko w poziomie, ale i w pionie. Wielki szacun!

Agnieszka robi sobie przerwę. W parze do wyciągu ustawia się ze mną jakiś gość. Something is leaking from your bag – mówi, mając na myśli mój mały plecaczek. Nie przejąłem się tym zbytnio, sądząc, że mokra plama może być efektem położenia go w trakcie lunchu na topniejącym śniegu; zresztą trudno w trakcie jazdy na krzesełku zdejmować i sprawdzać plecak, bo przy okazji stracić można kijki albo rękawiczki. Dopiero na górze odkrywam, że w plecaczku mam trzy rzeczy: 1. pusty kartonik 0,2 litra, 2. sok pomarańczowy luzem, który częściowo przesiąkł był już na tył mojej kurtki, 3. lustrzankę Pentax utaplaną w tej lepkiej cieczy. Co robić? Teraz można jedynie wylać resztkę soku, wyjąć baterie z aparatu i starać się utrzymać dobry nastrój, nie przeklinając co chwilę swojej głupoty.

Czytaj dalej

Copyright © 2014