Siedemnastu Celsjuszów

Sankt Anton, 02/04/2011

Ostatni dzień to the best of Sankt Anton; trasy, na których zjeżdżało nam się najlepiej.

Wczesna pobudka. Przed dziewiątą jesteśmy już na stoku, żeby maksymalnie wydłużyć okres jazdy na zmrożonym śniegu. Niebo jest granatowe, bez żadnej chmurki. Poranne słońce oświetla południowe zbocza. Kiedy jedziemy krzesełkiem w górę, towarzyszy nam świergot ptaków rozradowanych nadejściem wiosny i szum potoku zasilanego topniejącym śniegiem. Pięćset metrów wyżej na Gampen trzeba tylko poprawić gogle, chwycić kije i jazda w dół. Dla rozgrzewki czerwona 21. Śnieg idealny. Pod spodem ubity i zmrożony, z wierzchu delikatnie „popuszczony”. Bez wysiłku kreśli się zamaszyste krystianie.

Potem czarna 22 i sprawdzian narciarskich umiejętności. Po dziesiątej, kiedy śnieg poddaje się naporowi słońca, przenosimy się wyżej na Kapall. Krótki zjazd trasą 37 wzdłuż wyciągu orczykowego. Jazda fajna, widok na całą dolinę Rosanny piękny, podwójny orczyk, żeby wydostać się z powrotem na górę, mordęga.

Po jedenastej szus trasą, na której w 2001 roku rozgrywano mistrzostwa świata, a potem dalej w dół do samego Sankt Anton. Tylko po to, żeby po odpięciu nart zapakować się do gondolki kursującej na Rendl. Tu trasy mają głównie zachodnie nachylenie i nawet po południu słońce litościwie obchodzi się ze śnieżną pokrywą.

Od dwunastej wielki taras przy wielkiej restauracji zaczyna zapełniać się narciarzami. Wielu z nich po obfitym lunchu pozostaje tu przy kuflu piwa, przedkładając relaks nad męczące zjazdy. Agnieszka też wydłuża południową przerwę o godzinę. Choć nogi bolą, ja nie mam ochoty na siedzenie w tym solarium. Parę zjazdów R2 i R12, dość żeby poczuć się zaspokojonym w narciarskiej pasji.

Kiedy o trzeciej idziemy główną ulicą Sankt Anton, mijamy wiele osób w samych podkoszulkach, a nawet krótkich spodenkach. Przy 17 stopniach w cieniu, w miejscu nasłonecznionym i osłoniętym od wiatru temperatura jest pewnie o dziesięć kresek wyższa, a ciało jeszcze nie tak dawno schładzane lekkim mrozikiem nadmiernie reaguje, sądząc, że to gwałtowny skok z zimy wprost do lata.

Kończy się nasza wyprawa, kończy się ten piękny dzień. Około siódmej zachodzi słońce. Kiedy dokładnie, tego nie widać, bo zachód słońca w Alpach wygląda zupełnie inaczej niż obserwowany nad morzem, gdzie można określić sekundę, w której słoneczna tarcza schowała się za widnokrąg. Tu słońca nie widać już wcześniej i w dolinie powoli robi się coraz bardziej szaro, ale w górze ośnieżone szczyty długo jeszcze rozświetlone są najpierw złotymi, potem coraz bardziej pomarańczowymi promieniami, a bezchmurna, jednolita płachta nieba przybiera kolor głębokiego granatu.

***

A co Pentaksa, to udało się go uratować kosztem 250 zł. Wymagał rozebrania i dokładnego wyczyszczenia. Wymienić trzeba było zaklejony spust migawki.

Copyright © 2014