Argentyńskie marzenie

Do Argentyny chcieliśmy jechać od ładnych paru lat. Pierwszy raz wyjazd miał mieć miejsce zimą 2009 roku, ale rozszalał się wtedy światowy kryzys gospodarczy, złotówka poleciała na łeb i szyję, uznaliśmy, że plany podróży lepiej będzie zrealizować w spokojniejszych czasach. W kolejnych latach wymówki były różne, ale rezultat zawsze ten sam: „Może w następnym roku…”. Z biegiem czasu nasi znajomi przestali już pytać o nasze argentyńskie plany, a my też chyba coraz mniej wierzyliśmy w realność tej podróży. Jednak jak co roku tak i tego lata zacząłem rutynowo sprawdzać ceny połączeń lotniczych Kraków-Buenos Aires. Niestety ciągle otrzymywałem jeden wynik: Lufthansa, circa 19.000 zł za naszą czteroosobową rodzinę – dużo za dużo, żeby zdecydować się na zakup biletów. W grę teoretycznie wchodziła jeszcze trochę tańsza Alitalia, ale z uwagi na brak codziennych lotów z/do Krakowa problemem był tu brak możliwości optymalnego dopasowania się do terminu ferii szkolnych.

Czas mijał. Płonne stawały się nadzieje na jakąś promocję w Lufthansie. W połowie września, kiedy miałem luźniejszy moment w pracy, pomyślałem: wpiszę z ciekawości loty Warszawa-Buenos, zobaczę, co wyszukiwarka pokaże. Wylot: 29 stycznia 2014. Powrót: 14 lutego. Cztery osoby. Szukaj. Po paru sekundach na ekranie zaczęły pojawiać się różne opcje, a wśród nich ta, która spowodowała u mnie przypływ gorąca: Air France/KLM, 11.700 zł, niecałe trzy tysiące za osobę. Super oferta!

Następnego dnia sprawdziłem, czy to czasem nie była pomyłka, ale nie, na monitorze dalej wyświetlała się ta sama cena. Nieoczekiwanie perspektywa wycieczki do Argentyny stawała się całkowicie realna i ta realność trochę mnie przestraszyła. Wylot z Warszawy, a więc i tak długa już podróż wydłużyłaby się o kolejnych kilka godzin. Dodatkowo to zima, a więc mogłoby sypać i niewiadomo, czy w ogóle byśmy do tej Warszawy dotarli. W zimie prawdopodobieństwo chorób jest większe i co, jeśli któraś z dziewczyn zapadłaby w tym czasie na grypę. Ale chyba najbardziej niepokoiło mnie, co na to wszystko powie moja żona.

Tak minęło parę dni, po których postanowiłem zacząć powoli działać. Napisałem Agnieszce w mailu, jakie znalazłem opcje biletów, wieczorem w domu niezobowiązująco zamieniliśmy na ten temat słowo. Następnego dnia, a było to 24 września, coś mnie jednak tknęło. Przecież to nie jest możliwe, żeby między liniami lotniczymi była tak duża rozpiętość cen, czy oferta, którą dostałem, nie jest czasem ograniczona czasowo. Wszedłem na główną stronę KLM. Od razu wyświetlił mi się boks reklamowy zachęcający do zakupu biletów w ramach promocji Wcześniej-Taniej. A promocja kończyła się 24 września. Czyli zakup dziś, albo żegnaj Argentyno!

Czym prędzej napisałem do Agnieszki, że od jutra ceny będą wyższe, że musimy podjąć decyzję teraz, bo będziemy żałować jak w 2011 roku, gdy spóźniliśmy się z zakupem promocyjnych biletów w Lufthansie. Na szali położyłem jeszcze jeden argument – 29 stycznia kończę pięćdziesiąt lat, czyż nie najlepiej świętować będzie ten dzień w drodze do Buenos Aires. Wysłałem tego maila, nastawiając się na gorące rozmowy przez telefon, a później może jeszcze bezpośrednie w domu. Zdumiałem się, kiedy po niecałym kwadransie przyszła krótka wiadomość: „No to kup, a potem będziemy się martwić”.

A więc, kupiłem te bilety i tak nasze argentyńskie marzenie mogło zacząć się spełniać.

Czytaj dalej

Copyright © 2014