Buenos Aires, adíos!

05/02/2014

Jutro żegnamy się ze stolicą Argentyny, o 11.10 wylatujemy do Iguazú na spotkanie ze sławnymi wodospadami. Pożegnać też się trzeba z Manolo, a bardziej wymienić u niego większą porcję gotówki, żeby nie zawracać sobie tym głowy w nowym miejscu. Według moich obliczeń 500 dolarów powinno być wystarczające na pokrycie wszystkich kosztów trzydniowego pobytu. Biorę więc pięć setek i idę. Mijam pierwszy kwartał, przechodząc przez przecinającą Floridę ulicę Lavalle, teraz drugi kwartał i znacznie szersza Avenida Corrientes, zaraz po prawej powinienem zobaczyć znajomą twarz. Docieram jednak do kolejnej przecznicy (Sarmiento), a Manola ani śladu. Idę jeszcze kawałek, ale nie, na pewno nie stał tak daleko. Zawracam. Wszystko niby się zgadza, pomiędzy Corrientes a Sarmiento jest kilkupiętrowa kamienica z otwartym pasażem handlowym pośrodku, ale mojego człowieka brak, a przecież deklarował, że w tygodniu jest codziennie od dziewiątej rano do osiemnastej. Może jednak się pomyliłem i podobny budynek znajduje się kwartał wcześniej? Nie, nie ma takiego. Co za pech! Akurat dzisiaj, gdy mam do wymiany grubszą kwotę, moja cueva z jakiegoś powodu nie działa.

Jak pierwszego dnia mam teraz dylemat, którego naganiacza wybrać. Zrezygnowany podchodzę do chłopaka, stojącego opodal miejsca, gdzie zawsze spotykałem Manola. Pytam go o wysokość kursu. Ten ledwie otwiera usta, gdy niespodziewanie zjawia się Manolo we własnej osobie. Od razu bierze mnie do wnętrza pasażu. Trochę jakby się tłumaczę, czemu zwróciłem się do konkurenta, a przecież mogłem przewidzieć, że trudno wystawać non stop na ulicy w gorący dzień i człowiek miał prawo oddalić się za potrzebą choćby na parę minut. Dalej transakcja przebiega już rutynowo. Inkasuję grubszy plik banknotów. Manolo jest trochę zaskoczony, gdy mówię, że to już ostatni raz. Myślał, że wrócimy jeszcze do Buenos (owszem wrócimy, ale nie w te okolice). Życzy dobrej podróży. Que tengas suerte! Powodzenia! – to jedyne, co mnie przychodzi do głowy.

06/02/2014

W nocy pogoda całkowicie się odmieniła i rano budzi nas zlewny deszcz. Pakujemy ostatnie rzeczy do walizek. O ósmej zjeżdżam windą na parter, żeby portier zamówił dla nas taksówkę. Wczoraj pytałem Claudia, czy nie będzie z tym problemu. Zapewniał mnie, że nie, ale jego młodszy zmiennik wygląda na mniej rozgarniętego. Nie za bardzo wie, dokąd ma dzwonić. Wertuje książkę teleadresową, w końcu wybiera jakiś numer, czeka na połączenie. Nie zgłasza się – mówi. Proszę, żeby zadzwonił do innej sieci. Rezultat jest taki sam. Żeby przełamać impas, wracam na nasze dziewiąte piętro po telefon radiotaxi, który odpisałem wczoraj. Chciałem zamówić kurs przez internet, ale nie przyjęli mojego zgłoszenia, gdyż dysponowałem jedynie polską komórką. Od razu zabrałbym tę kartkę, ale sądziłem, że każdy portier pozostaje w bliskich relacjach z przynajmniej jednym taksówkarzem.

Podaję zmiennikowi Claudia numer, ten czeka dłuższą chwilę na połączenie. No responde. Nie zgłasza się – mówi beznamiętnym tonem. Minuta mija nam w ciszy. Ponownie wybiera numer. No responde. Co za kretyńska sytuacja – jestem w centrum metropolii, w pobliżu przejeżdżają za pewne dziesiątki taksówek, a ja spóźnię się na samolot, bo nasz portier nie jest w stanie ściągnąć tu żadnej z nich. Zastanawiam się, czy po prostu nie wybiec na ulicę i złapać jedną, ale z nieba leją się dosłownie strugi wody. Byłbym mokry w sekundę. Portier znowu wertuje książkę teleadresową. Może zadzwonić do biura remis? – proponuje. Przytakuję zrezygnowany. Usługa remis będzie na pewno droższa od taksówki, ale teraz to nie jest już ważne. Liczy się tylko czas. Niestety wątpię, żeby biuro remis znajdowało się gdzieś niedaleko (dla przypomnienia – remis to usługa wynajmu pojazdu z kierowcą, płaci się ustaloną cenę za daną trasę, a nie wedle licznika). Portier prowadzi dłuższą dyskusję przez telefon, pyta mnie, ile mamy walizek, i w końcu ku mojemu zaskoczeniu (i wielkiej uldze) oświadcza: Auto będzie czekało za 10 minut. Znowu więc na dziewiąte piętro i zaraz potem z dziewczynami w dół. Portier mówi, że samochód czeka na rogu. Dziękuję mu za pomoc. Może powinienem dać napiwek – myślę, ale za późno, bo wypadamy już z bramy i podbiegamy, ciągnąc walizki, do Viamonte. Pakujemy się do minivana. Jest za kwadrans dziewiąta. Lotnisko Aeroparque Jorge Newbery znajduje się dość blisko, lecz niewiadomą są korki – wszyscy o tej porze spieszą do pracy. Chwilę zabiera wyjazd z Viamonte na Avenida Leandro N. Alem, dalej jedziemy już płynnie, gdyż droga prowadzi wzdłuż mało uczęszczanego nabrzeża Río de la Plata. Po dwudziestu minutach jesteśmy na miejscu. 170 pesos (niecałych 15 dolarów). Szofer nawet z nas specjalnie nie zdarł.

Do odlotu mamy dwie godziny, przyjechaliśmy więc dokładnie o czasie rekomendowanym przez linię lotniczą. Wcześniejsze nerwy były niepotrzebne. Idziemy do stanowiska odpraw. Z Buenos Aires do Iguazú latają samoloty dwóch przewoźników – jeden to państwowe Aerolineas Argentinas, drugi prywatny, kontrolowany przez Chilijczyków Lan. Kiedy prosiłem Ariela o radę, z kim lecieć, wskazał mi drugą opcję. Nie z uwagi na cenę, bo te są zbliżone, ale bardziej profesjonalne zarządzanie w liniach Lan, skutkujące lepszym serwisem. Bilety kupiłem przez internet na początku stycznia. Kosztowały łącznie niemal 1.100 euro, a więc całkiem sporo.

Dostajemy karty pokładowe. Bagaże odjeżdżają taśmociągiem. Możemy się poszwendać po sklepach w hali odlotów. Nie jest ich wiele, bo też i sam terminal nie jest ogromny (ale i tak większy od tego, który mamy w Krakowie). Lotnisko Aeroparque Jorge Newbery powstało na osuszonych terenach przyległych do Río de la Plata w bezpośrednim sąsiedztwie parków Palermo. Z pierwszego piętra terminalu z jednej strony widać bezkresne wody estuarium (dziś mocno wzburzone), a z drugiej nowoczesne wieżowce szykownej dzielnicy Buenos Aires. Lotnisko obsługuje głównie krajowe loty (Argentyna to rozległy obszar, komunikacja lotnicza odgrywa więc ważną rolę), ale także do Urugwaju, Chile, Paragwaju i Brazylii.

Na zewnątrz deszcz mocno zacina. Dochodzą nas pomruki burzy. Dziś nie sprawdza się nawet nasza recepta – przetrzymać poranne ulewy, dotrwać do rozpogodzenia po godzinie dziesiątej. Dziesiąta mija, a widoków na zmianę pogody nie ma. Na lotnisku mały kataklizm – niemal wszystkie loty poopóźniane. Do El Calafate, Comodoro Rivadavia i San Martín de los Andes. Także nasz do Iguazú. Na dodatek przy LA4024 nie pojawia się żadna nowa godzina. Co jakiś czas sprawdzamy na monitorze i nic. Jak na ironię nieco późniejszy lot Aerolineas Argentinas startuje niemal o czasie. W końcu wyświetla się informacja – zamiast dziesięć minut po jedenastej wylecimy dziesięć minut przed pierwszą. Dobrze, że w ogóle.

IMGP6149 (Copy)

Obeszliśmy wszystkie sklepy po kilka razy, posiedzieliśmy nad kawą w bistro. Znudzeni przechodzimy przez kontrolę bezpieczeństwa. Tu nowa (mała) dawka sklepów i ponownie nużące oczekiwanie. Lotniskowe życie. Wreszcie zaczyna się boarding. Airbus A320 przyjmuje nas na pokład. Kołujemy na pas startowy. Pilot włącza pełną moc silników. Odrywamy się od ziemi. Mija ledwie parę sekund i nikniemy w gęstej pierzynie chmur. Buenos Aires, adíos!

Czytaj dalej

Copyright © 2014