Cambio, cambio

30/01/2014

Argentyńska waluta wraz z całym systemem ekonomicznym kraju przeżywała w ostatnich kilkudziesięciu latach wzloty i upadki. W 1992 roku w miejsce australa wprowadzone zostało peso zwane convertible, wymienne, bowiem ustawowo zagwarantowano sztywny kurs wymiany 1 peso – 1 dolar amerykański. Ten mechanizm szybko doprowadził do zduszenia hiperinflacji i stabilizacji gospodarczej, ale doktrynalne trzymanie się parytetu 1:1 miało złe skutki już pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Między innymi w wyniku poważnych zawirowań w Brazylii i Rosji dolar jako waluta bezpieczna umocnił się znacząco w stosunku do innych walut, a wraz z nim podążyło peso. Argentyńskie towary przy takim kursie wymiany przestały być konkurencyjne na światowych rynkach. Produkcja zaczęła spadać. Rosło bezrobocie. Malały wpływy do budżetu. Topniały rezerwy walutowe. Na to nałożył się kryzys polityczny – po wyborach w 1999 roku prezydent i jego gabinet działali bez większości parlamentarnej, a dominujący w obu izbach i rządzący w głównych prowincjach peroniści nie tylko odmawiali współpracy, ale wręcz podsycali protesty ubogiej ludności. Wybuch nastąpił 29 listopada 2001 roku, kiedy Argentyńczycy w panice ruszyli do banków dla odebrania swoich depozytów. Rząd wprowadził ograniczenia wypłat, aby nie dopuścić do załamania systemu bankowego. Zaczęły się plądrowania supermarketów na przedmieściach Buenos Aires, a na ulice centrum wyszli niezadowoleni przedstawiciele klasy średniej. 20 grudnia na Plaza de Mayo (w bezpośrednim sąsiedztwie siedziby rządu) w starciach z policją zginęło pięciu protestantów. Tego samego dnia nie panujący nad sytuacją prezydent podał się do dymisji.

Rządy przejęli peroniści, którzy całkowicie zmienili politykę monetarną. Wprowadzono nowe prawo umożliwiające dewaluację peso i bardziej płynne kształtowanie jego kursu. W styczniu 2002 roku za 1 dolara można już było dostać 2 pesos, a w lipcu niemal cztery (potem przez kilka lat kurs oscylował około trzech pesos za dolara). Dewaluacja spowodowała wzrost eksportu, napływ inwestycji zagranicznych, odrodzenie się gospodarki. Ale jak to w Argentynie, pozytywny trend nie może trwać długo. Po paru latach prosperity lewicowe rządy małżeństwa Kirchner (Néstora od 2002 do 2007 roku i jego żony Cristiny od 2007 do teraz) w skutek nadmiernych publicznych wydatków doprowadziły argentyńską gospodarkę na krawędź załamania. Jak zła jest sytuacja, tego do końca nie wiadomo, gdyż rząd nie przedstawia prawdziwych danych (na przykład oficjalnie inflacja w 2013 wyniosła 10%, podczas gdy niezależne instytuty badawcze szacują ją na 27-28%). Pewne jest jednak, że kraj ma trudności z obsługą swojego zadłużenia.

Skutkiem pogarszającej się sytuacji ekonomicznej i rosnącego braku zaufania do polityki rządu było powstanie nieoficjalnego rynku wymiany walut, zwanego tutaj blue market. Dewizy po oficjalnym kursie są praktycznie niedostępne dla Argentyńczyków, a kupowanie dolarów (czy mniej tu popularnych euro) stało się jednym z niewielu sposobów na zapewnienie utrzymania wartości swoich oszczędności. Gdy rośnie popyt, a podaż jest ograniczona, cena idzie w górę. Pod koniec września 2013 roku, kiedy miałem w garści bilety lotnicze do Buenos, oficjalny kurs dolara wynosił 5,7 pesos, a nieoficjalny 9 pesos. Z końcem roku, gdy starałem się ułożył preliminarz wydatków, dolar wart był oficjalnie 6,4 pesos, a według blue market już 10 pesos. W ciągu stycznia, w miarę jak zbliżała się data wyjazdu, ze wzrastającą regularnością śledziłem w internecie kolejne notowania, a robiło się coraz goręcej. Choć kurs oficjalny zachowywał się w miarę stabilnie, nieoficjalny w pierwszych dniach miesiąca przebił poziom 10 pesos, po dwóch tygodniach 11 pesos i szybko zaczął zbliżać się do 12 pesos. Z jednej strony mogłem się cieszyć, bo słabnąca miejscowa waluta oznaczała niższe wydatki dla nas w Argentynie, z drugiej jednak rosła moja obawa, że zaraz nastąpi wybuch gigantycznego kryzysu, a my zamiast w spokojnym kraju wylądujemy w centrum chaosu.

Argentyński rollercoaster jechał dalej. Niespodziewanie 24 stycznia rząd przeprowadził największą jednorazową dewaluację peso od 2002 roku, a oficjalna wartość dolara skoczyła z 6,9 do 7,9 pesos. Blue market zareagował nerwowo – w pierwszym dniu kurs zakupu amerykańskiej waluty spadł nawet poniżej 10 pesos. Niepewność związana była z towarzyszącą dewaluacji zapowiedzią rządu o częściowym otwarciu obywatelom dostępu do zakupu dewiz (po kursie oficjalnym). Wkrótce miało się jednak okazać, że stawiane wymogi są tak wyśrubowane, że nie do spełnienia przez zwykłego śmiertelnika, potrzeba istnienia blue market nie była więc zagrożona. Oficjalna skokowa dewaluacja, oprócz przyczynienia się do jeszcze większego zagmatwania sytuacji, oznaczała dla nas bezpośrednio wzrost kosztu hoteli – ceny mieliśmy potwierdzone w dolarach z płatnością w peso po kursie dnia (oficjalnym), ale było dla mnie jasne, że wzrosną też ceny wielu miejscowych produktów. O ile i jak szybko? Tego nie wiedział z pewnością nawet prezes Banco Central de la República Argentina, a co dopiero mogłem powiedzieć ja. Jedyne co teraz można było zrobić to kupić dolary z zapasem w stosunku do wartości wynikającej z mojego preliminarza. Jedno bowiem pozostawało pewne – jakby się sytuacja nie rozwijała, banknot studolarowy zawsze będzie miał w Argentynie swoją wartość; płacąc kartą kredytową czy wypłacając pieniądze z bankomatu, skazalibyśmy się na mniej korzystny kurs oficjalny. Otwartą kwestią pozostawała tylko wielkość „nadwyżki”, którą  zaoferuje nam blue market w stosunku do argentyńskiego rządu.

Tegoż samego 24 stycznia w kantorze Baksy zaopatrzyłem się w plik 27 banknotów studolarowych (taki nominał jest najbardziej pożądany; za niższe oferowana jest mniej korzystna cena). I teraz, sześć dni później, szedłem ulicą Florida z jednym z tych banknotów w kieszeni. Dzięki wcześniejszemu przeglądnięciu informacji na forach internetowych, miałem wyobrażenie o tym, jak handel walutą tutaj wygląda, ale rzeczywistość jak zwykle potrafi zaskoczyć człowieka. Od rana do wieczora, siedem dni w tygodniu (w niedzielę z mniejszą intensywnością) Florida działa jak prawdziwa giełda walutowa. Dosłownie na każdym kroku słychać głośne, przeciągłe wołanie: Cambio, cambio, dolares, euros, reales, cambio. Jesteś zainteresowany? Przewodnik prowadzi cię do „biura maklerskiego” w pobliskiej kamienicy, gdzie w spokoju przeprowadzasz transakcję (żadnego pokątnego handlu na ulicy, jak to było u nas za komuny). Takie biura zwane są przez miejscowych cuevas (jaskinie). Wszystko funkcjonuje otwarcie, choć nie jest legalne. Rząd jednak toleruje  niechętnie istnienie blue market, bo sam go praktycznie rzecz biorąc przez swoją politykę stworzył (w pewnym sensie jest też graczem na tym rynku, wymagając od Argentyńczyków płacących za granicą kartami kredytowymi dopłaty w wysokości 35% w stosunku do oficjalnego kursu wymiany peso).

Którego naganiacza wybrać? Młodszego? Starszego? Lepiej ubranego? A może kobietę? Nie mogę się zdecydować. Mężczyzna stojący w bramie obok, widząc moje wahanie, zagaduje do mnie bezpośrednio. Twarz o ostrych rysach, wygląda poważnie. OK, mam 100 dolarów. Wcześniej sprawdziłem w internecie, że powinienem dostać trochę więcej niż 12 peso za dolara (kurs znowu poszedł w górę). Nasze negocjacje są krótkie. Mówi dość bełkotliwie, ciężko mi go zrozumieć, ja jestem zmęczony i, co by nie powiedzieć, trochę zdenerwowany. Zgadzam się na 12 peso. To i tak sporo, a ja mam tylko jeden banknot do wymiany na próbę. Każe mi iść za sobą. Wchodzimy do bramy. Przechodzimy przez pasaż handlowy. Potem windą jedziemy na drugie piętro. Wchodzimy do biura urządzonego w mieszkaniu. Za biurkiem siedzi dwóch gości. Na wyposażeniu mają tylko mały kalkulator. Mój „partner” informuje ich o uzgodnionym kursie. Grubasek w okularach pełniący rolę kasjera wyciąga z szuflady plik banknotów i wręcza mi 12 setek. Dokładnie lustruję każdą z nich z osobna (wcześniej czytałem, że w obiegu jest sporo fałszywek, ale później w trakcie naszej podróży na żadną nie trafiłem, a też nie zauważyłem, żeby Argentyńczycy szczególnie interesowali się wręczanymi im banknotami, sam też więc dałem sobie z tym wkrótce spokój). Wszystko gra. Podajemy sobie ręce. Przy rozstaniu umawiamy się na kolejną transakcję jutro.

Czytaj dalej

Copyright © 2014