El Ombú

03/02/2014

Z San Antonio de Areco wyjeżdżamy drogą regionalną nr 31 (Ruta Provincial 31). Po dziesięciu kilometrach stajemy na poboczu. Nasz elegancki furgon tu zostaje. My przesiadamy się do brudnych terenówek wysłanych po nas z estancii. Skręcamy na nieutwardzoną ziemną, a lepiej by powiedzieć, błotnistą drogę. Ostatnie deszcze sprawiły, że ubity grunt rozmiękł całkowicie, koła wyżłobiły głębokie koleiny. Jedziemy nimi jak po torach, ale że to nie prosta linia, samochodem rzuca gwałtownie raz w lewo, raz w prawo. Silnik wyje na wysokich obrotach. Jeep zbliżający się z naprzeciwka wypadł z torowiska i stanął w poprzek drogi. Z trudem zbiera się, aby wrócić na poprzedni tor. Koła mocno boksują, ale w końcu mu się to udaje. Wpadamy w wielkie bajoro. Przednią szybę zalewa struga brunatnej wody, tryskająca spod kół. Bez napędu 4×4 ugrzęźlibyśmy na dobre.

Cel naszej krótkiej, ale bardzo emocjonującej, podróży to estancia El Ombú de Areco, farma sięgająca historią 1880 roku. Początkowo stanowiła własność rodziny generała Pabla Ricchieri (1859-1936), który z jednej strony położył podwaliny pod nowoczesną armię argentyńską, z drugiej zaś był żołnierzem starej daty, dla którego honor był sprawą nadrzędną (był też współzałożycielem organizacji skautowej Asociación Boy Scouts Argentinos). W 1934 roku posiadłość zakupił emigrant z Niemiec, Heinrich Boelcke, a obecną właścicielką jest jego wnuczka Eva (pani w średnim wieku).

Spodziewałem się, że El Ombú jest farmą w pełni działającą, z zagrodą dla bydła, gauczami na koniach zaganiającymi stado, maszynami rolniczymi przygotowywanymi do pracy w polu, ale nie – to turystyka stanowi dla nich główne źródło dochodu. Na szczęście przeprowadzona kilkanaście lat temu reorganizacja nie pozbawiła tego miejsca autentyczności.  Centralnym punktem jest duży parterowy dom o lekko klasycyzującej architekturze z rozległą, porośniętą pnączem werandą. W jego najbliższym otoczeniu rosną stuletnie sekwoje, dęby, araukarie. Nieco dalej na środku trawnika pyszni się ombú, od którego posiadłość wzięła nazwę. Ombú to roślina endemiczna dla pampy, krzak o rozmiarach sporego drzewa. Z jego splątanych, fantazyjnie powykręcanych korzeni wyrasta kilka zrośniętych ze sobą pni, konary pokryte obficie podłużnymi ciemnozielonymi liśćmi tworzą gęsty, wiecznie zielony pióropusz. Drewno nie ma jednolitej struktury, jest łykowate i tak liche, że można w rękach rozdzielić je na włókna. Dlatego ombú pomimo swych rozmiarów nie nadaje się do przetwarzania. Trudno się pali, więc nie może być też użyte jako surowiec energetyczny. Jedyna korzyść to cień, który daje w słoneczne, upalne dni.

El Ombú to oaza spokoju. Cisza wypełniająca przestrzeń i intensywna zieleń kojąca wzrok. W promieniu kilku kilometrów nie ma niczego, co mogłoby popsuć tę odprężającą atmosferę. Tylko pola, pastwiska, drzewa rosnące wzdłuż wiejskich dróg. Po kilku dniach spędzonych w Buenos Aires zawładnęło mną bezgraniczne poczucie relaksu.

Czas na przejażdżkę konną. Razem z Dorotą i dwójką Amerykanów ruszamy za starym gauczem, Agnieszka z Kamilą za nami w bryczce. Jak tylko znalazłem się w siodle, chwyciłem wodze w obie dłonie, napiąłem je dla złapania kontaktu, ale zaraz pokazują mi, że nie tak, że wodze powinienem trzymać luźno w jednej tylko ręce. Siodło też całkiem inne – można powiedzieć, że się w nim nie siedzi, a rozsiada – w większym rozkroku i ciężarem spoczywającym na pośladkach i górnej części ud. Zasadniczo jest to wygodniejsza pozycja niż w klasycznym jeździectwie, ale mięśnie muszą się do niej przyzwyczaić. Mnie od razu chwycił ból w lewym udzie. Początkowo staram się manewrować koniem, pobudzić go do szybszego tempa, ale bez efektu. Na wszelkie próby przyłożenia łydki, większy kontakt na wodzy mój rumak reaguje jedynie gniewnym rzucaniem głowy na boki. Poddaję się. Niech idzie krok w krok za innymi. Okrążamy przyległe do estancii pole. Cały czas monotonnym stępem. Myślałem, że uda się choć krótko pogalopować, ale rozumiem – przyjeżdżają tu ludzie o różnych umiejętnościach, gospodarze wolą nie ryzykować, że komuś coś się stanie.

Pora na lunch serwowany na werandzie. Jesteśmy na farmie, więc wybór jest oczywisty – będzie legendarne argentyńskie asado, czyli wołowina z rusztu. Jest to posiłek najprostszy z możliwych – potrzebny jest tylko grill i surowe mięso. Ta prostota sprawia jednak, że uzyskanie najwyższej jakości nie jest wcale łatwe. Nie da się podrasować dania sosem czy przyprawami, nie da się zamaskować gorszego rodzaju mięsa, wykwintnymi dodatkami. Tajemnica wybornego asado to mięso pochodzące z bydła chowanego na pampie, cały boży rok wypasanego na obfitujących w soczystą trawę łąkach, i powolny proces jego opiekania, trwający nawet półtorej godziny.

Asado to sztuka, która ceniona jest w Argentynie. Następnego dnia po przyjeździe do Buenos Aires Héctor, właściciel naszego apartamentu, w trosce o poznanie przez nas wszystkiego, co najważniejsze w argentyńskiej kulturze, przysłał nam też instrukcję dotyczącą jedzenia: „Przy ulicy Montevideo między Corrientes a Sarmiento działają różne parrillas (parrilla to nazwa rusztu, na którym piecze się mięso, potocznie oznacza też restaurację, w której serwuje się mięso z grilla – przypisek mój), do których chadzają ludzie pracujący w centrum. Myślę, że obecnie najlepsza jest Las Cañas, albo Lalo de Buenos Aires, czy najładniejsza z nich Chiquilin.  Dobrze byłoby, żebyś swoim najlepszym hiszpańskim powiedział kelnerowi, że chcesz asado de tira (pas żeber), vacío (łata), colita de cuadril (rumsztyk), albo mollejas del corazón (serca wołowe) – dla znawców i grubasów jak ja – i żeby było to przygotowane wedle waszych preferencji jako jugoso (czerwone, prawie krwiste), a punto (pośrednie) lub cosido (wypieczone). Mówiąc tak, będą was bardziej szanować, nie traktując jak turystów, dla których cokolwiek przyniosą będzie dobre, bo się nie znają.” Tej porady nie zastosowaliśmy w praktyce, jakoś nie po drodze było nam na ulicę Montevideo, ale pewien jestem, że parilla w El Ombú nie ustępuje w niczym rekomendowanym przez Héctora lokalom.

Zasiadamy przy okrągłym stole w otoczeniu dwóch grup amerykańskich turystów (jedna przybyła przed nami, druga po nas; teren farmy jest tak duży, że jakoś nie wchodziliśmy sobie w paradę). Młodzi gauczowie, jeszcze nie dawno zajmujący się naszymi końmi, teraz krążą wśród stołów z półmiskami pełnymi mięsiwa. Każda runda to inny jego rodzaj. Wołowina jest wyborna, po prostu rozpływa się w ustach. Objadam się niemożliwie za siebie i za Kamilę (ona jest w stanie przełknąć jedynie kawałki grillowanego kurczaka). Nie wiem, czy kiedykolwiek zjadłem jednorazowo taką ilość mięsa. A najpiękniejsze jest to, że obżarstwo jest całkowicie bezkarne – po skończonej uczcie nie czuć ciężaru na żołądku, ani rozdęcia.

Jeszcze w trakcie lunchu usiadł w pobliżu Oscar Pereyra, stary gauczo, który był naszym przewodnikiem w trakcie konnej przejażdżki. Ma 72 lata i  całe swe życie spędził, pracując na okolicznych estanciach. Jest znany i poważany. Sprawuje funkcję chorążego w trakcie parady z okazji Día de la Tradición, corocznego święta gauczów (festyny odbywają się w różnych miasteczkach na pampie około 10 listopada, w San Antonio de Areco jeden z większych). Wyciąga gitarę. Używając prostych akordów, wygrywa rzewne melodie. Zmęczonym głosem śpiewa piosenki, których nauczył się w młodości. Gdyby zamknąć oczy, można by zobaczyć szerokie, bezkresne pole i ciemną sylwetkę gaucza na koniu, podążającego wolno w kierunku zachodzącego słońca.

Czytaj dalej

Copyright © 2014