Ezeiza

30/01/2014

Lądujemy niemal dokładnie w południe (czasu lokalnego), trzy godziny później niż w rozkładzie, siedemnaście od wylotu z Paryża. Teraz nie ma to już jednak żadnego znaczenia. W końcu stoimy na argentyńskiej ziemi, formalnie musimy jeszcze tylko przekroczyć granicę państwa.

Pierwsze wrażenie jest pozytywne. Ezeiza, główny port lotniczy Buenos Aires, to nowoczesny, przestrzenny, utrzymany w czystości obiekt. Przeszklona fasada umożliwia widok na płytę lotniska z wielkimi samolotami europejskich i amerykańskich przewoźników. A w górze niebieskie, rozświetlone słońcem niebo. Aż trudno uwierzyć, że nie dało się tu lądować parę godzin wcześniej.

Granica ma wymiar realny. Nie wystarczy wylegitymować się ważnym paszportem. Urzędnik nakazuje mi zdjąć okulary i stanąć przed skanerem dla pobrania obrazu tęczówki, a potem jeszcze muszę przyłożyć kciuk do czytnika linii papilarnych. Z tak dokładną identyfikacją człowieka do tej pory się nie spotkałem. Jeszcze tylko pytanie, gdzie będę mieszkał, i do paszportu zostaje wbity stempel dokumentujący wjazd na terytorium Argentyny.

Wcześniej na pokładzie samolotu wręczono nam do wypełnienia deklarację celną. Choć dwujęzyczna (po hiszpańsku i angielsku) pozostawiała sporo niejasności. Na to, że nie wolno wwozić produktów żywnościowych, byłem przygotowany. Kolega ostrzegał mnie, że turystka z jego grupy zapłaciła kiedyś 100 dolarów kary za jedno jabłko znalezione w bagażu podręcznym przy wjeździe co prawda nie do Argentyny, ale do mającego podobne przepisy Chile. Z góry więc zaplanowałem pozbycie się wszystkich pozostałych mi jeszcze kanapek i owoców. Oprócz tego wieźliśmy jednak również paczkowane próżniowo wędliny i sery. Miałem dylemat, wyrzucić także i je, czy nie. Deklaracja mówiła o możliwości wwozu rzeczy do własnego użytku, ale tylko o łącznej wartości do 300 dolarów (powyżej należało się cło 50%). Ze sobą mieliśmy dwa aparaty fotograficzne, kamerę, tablet, telefony komórkowe, rzeczy nie najwyższej klasy, ale jednak trochę kosztujące. Czy należało je zadeklarować, żeby potem nie mieć problemu z wywozem? Z drugiej strony nie uśmiechało mi się płacenie jakiegoś cła. W deklaracji nie było jednak nawet miejsca na wpisanie tych przedmiotów z wyjątkiem telefonu. Nie wiedzieć dlaczego, akurat na to przeznaczona była osobna rubryka, a odnotować należało nie tylko markę i model, ale także numer seryjny, i czy jest z akcesoriami, czy bez. Nie wiedząc, co zrobić, zdecydowałem się czekać biernie, co przyniesie los. W bagażu zostawiłem wędliny i sery, a deklarację pustą z wyjątkiem wpisu o jednym telefonie.

Lotniskowy urząd celny nie ma wydzielonych linii zielonej i czerwonej, wszyscy stoją w jednym ogonku. Bagaż każdego podróżnego skanowany jest jak przy kontroli bezpieczeństwa. Gdy przychodzi moja kolej, kładę nasze walizki na taśmie. Przejeżdżają na drugą stronę i nikt nie wzywa mnie do wyjaśnienia, skąd wzięła się tu paczkowana żywność. Mogę z ulgą odetchnąć. Ruszamy w kierunku wyjścia. Słuchaj, a co z deklaracją? – zwraca mi uwagę Agnieszka. Żeby się nie okazało, że mamy problem przy wyjeździe z powodu braku jakiejś pieczątki. Wracam więc do skanera. Pokazuję deklarację celniczce (jeśli to w ogóle była celniczka, gdyż nie miała żadnego uniformu, podobnie jak inne kobiety tu pracujące) i pytam, co mam z nią zrobić. Proszę zostawić – mówi bez wykazywania jakiegoś zainteresowania zawartością formularza. Czy to wszystko? – pytam zdziwiony. Tak, dziękuję. (A dwa dni później obudziłem się nad ranem z natrętną myślą, że tej deklaracji nie należało wcale oddawać, że będzie konieczne pokazanie jej przy wyjeździe, że musimy teraz skontaktować się z urzędem i wyjaśnić, co w tej sytuacji zrobić. Na szczęście w ciągu dnia ta kwestia przestała mnie nurtować, a o deklarację celną nikt nas więcej nie pytał. Czemu miał służyć ten świstek papieru, do dziś nie wiem.)

Przejście do ogólnie dostępnej hali przylotów znajduje się w starej części terminalu. Z powodu ciasnoty przy stanowiskach wynajmu samochodów jest dość tłoczno. Nie mam zamiaru wynajmować samego auta, lecz auto z kierowcą. Taka usługa nazywa się tutaj remis. Może jest trochę droższa od zwykłej taksówki, ale opłata za przejazd jest z góry ustalona i ma się pewność bezproblemowego dotarcia do miejsca przeznaczenia. Bezpośrednio po przyjeździe do odległego, nieznanego kraju warto dopłacić za takie poczucie bezpieczeństwa. Sprawdzam ceny w dwóch okienkach. W jednym jest trochę taniej, ale trzeba by na wolnego szofera czekać 20 minut. Nasza podróż trwała już wystarczająco długo, wybieram więc droższą propozycję. Nie mam peso i płacę kartą kredytową (jeden jedyny raz w Argentynie; dlaczego, o tym później). Od razu pojawia się kierowca i prowadzi nas na parking przed terminalem. Mamy jechać citroenem berlingo. Myślałem, że remis to będzie wygodna limuzyna, a nie minivan, ale przynajmniej nie mamy problemu z załadowaniem naszych czterech walizek.

 

Lotnisko Ezeiza, formalnie zwane Aeropuerto Internacional Ministro Pistarini, znajduje się na południowy-zachód od Buenos Aires. Do centrum miasta jest nieco ponad 30 kilometrów. Ile będziemy jechać? – pytam szofera. Jakieś 45 minut. Wprost z lotniska wjeżdżamy na szeroką autostradę. Z obu jej stron ciągną się dobrze utrzymane tereny zielone, a zieleń po prostu poraża swoim jasnym odcieniem i intensywną barwą. Jakżeż inny jest tu kolor lata. U nas w porze letniej trawa, liście są znacznie ciemniejsze, stonowane, z kolei w krajach południowych pożółkłe, wymęczone przez słońce. Tu na przedmieściach Buenos Aires natura syci nasze oczy swoją pełnią.

Z biegiem kilometrów zieleń coraz bardziej zaczyna ustępować murom. Najpierw są to parterowe domki, sześciany z nieotynkowanej cegły, potem piętrowe budynki o lepszym standardzie, kiedyś za pewne dobrze wyglądające, ale jakby zapomniane przez swoich właścicieli, dalej coraz wyższe i coraz częściej poprzetykane mieszkalnymi punktowcami. W układzie pionowym totalny chaos – małe, stare domki sąsiadują z kilkunastopiętrowymi wieżowcami – za to w układzie poziomym pełen porządek. Poruszamy się po estakadzie; z jej wysokości doskonale widać regularny układ ulic, tworzących pole wielkiej szachownicy.

Jeszcze chwila i jesteśmy w centrum. Ślimakiem zjeżdżamy na Avenida 9 de Julio, uważaną za najszerszą aleję świata, mijamy betonowy Obelisk, jeden z symboli miasta, wreszcie skręcamy w trzecią przecznicę w prawo. Jesteśmy na Viamonte o krok od końca podróży. Te ostatnie 400 metrów pokonujemy w żółwim tempie – droga jest całkowicie zakorkowana. Korków można się było spodziewać, natomiast zaskoczeniem jest, że Viamonte i wszystkie sąsiednie ulice w ścisłym centrum miasta są takie wąskie – szerokość jezdni, nieproporcjonalnie mała w stosunku do wysokości budynków, pozwala jedynie na ruch samochodów w jednym kierunku.

Wysiadamy na rogu Viamonte i Florida.

Czytaj dalej

Copyright © 2014