Festiwal empanadas

12/02/2014

Dziś jeszcze cały dzień w Mar del Plata, ale, niestety to przykre, trzeba już powoli zacząć myśleć o zbliżającym się wyjeździe. Jutro wracamy do Buenos Aires, a w kolejnym wylatujemy do Polski. Do Buenos chciałbym dotrzeć możliwie wcześnie, żeby spotkać się jeszcze z Jorge i Arielem i pospacerować po nowej dla nas dzielnicy miasta (mamy zatrzymać się w Belgrano). Po śniadaniu jedziemy zatem z Mario na dworzec autobusowy, żeby kupić bilety na poranny kurs.

Mar del Plata jak większość argentyńskich miast zbudowana została w oparciu o regularny,  szachownicowy układ ulic. Tylko nieliczne, główne arterie (prowadzące do i wzdłuż morza) zaburzają ten schemat. Trasa do dworca prowadzi zwykłymi ulicami i co każde 150-200 metrów musimy pokonać skrzyżowanie. Żadna z ulic nie ma wyznaczonego pierwszeństwa przejazdu, więc teoretycznie obowiązuje zasada, że samochód nadjeżdżający z prawej strony powinien być przepuszczony jako pierwszy. W praktyce lepiej zachować ostrożność. Jazda jest więc mało płynna. Mario, zbliżając się do skrzyżowania, przyhamowuje, a po jego minięciu dodaje gazu, i za chwilę znowu to samo. A ja i tak za każdym razem, gdy przecinamy poprzecznie biegnącą ulicę, zastanawiam się, czy coś nie walnie w nas z jednej czy drugiej strony. Do domu wracamy jednak cali. Bez znaków drogowych można funkcjonować, to tylko kwestia przyzwyczajenia. Swoją drogą widzę teraz, jak bardzo przeregulowany jest ruch w polskich miastach z gęsto stojącymi znakami nakazu, zakazu, ostrzegawczymi, informacyjnymi. Nawet na naszej krótkiej dojazdowej ulicy w Krakowie, którą dziennie przejeżdża kilkanaście samochodów stoją znaki ostrzegające przed wybojami, bo nawierzchnia dziurawa (a łatwiej i taniej postawić znak niż dokonać naprawy), ograniczające prędkość do 30 km/godz (pewnie miejski zarząd dróg chce się zabezpieczyć przed roszczeniami – ktoś będzie jechał szybciej, wpadnie do dziury, wygnie felgę i będzie żądał odszkodowania) i zakazujące wjazdu pojazdom o masie powyżej 2,5 ton z intencją, żeby stanu nawierzchni nie pogarszać (temu znakowi towarzyszy jeszcze tabliczka informacyjna, że zakaz nie dotyczy służb technicznych i komunalnych, ale i tak się tym nikt nie przejmuje – np. jak ktoś potrzebuje dowieźć materiały na budowę to, co ma zrobić, musi wjechać, bo ulica jest ślepa i brak innego dojazdu).

Pogoda lepsza niż wczoraj, ale taka trochę niezdecydowana. Przed wizytą na plaży z czystym sumieniem możemy poświęcić godzinę na shopping – Agnieszka musi sobie kupić wymarzoną torebkę. Argentyna skórą stoi, ale akurat w Mar del Plata wybór nie jest największy. Rzutem na taśmę w ostatnim sklepie (Prüne) znajdujemy model, który wszystkim się podoba. Twarz mojej żony rozświetla piękny uśmiech.

W drodze na plażę przejeżdżamy przez położoną na łagodnym wzniesieniu prestiżową dzielnicę Los Troncos, gdzie w latach trzydziestych XX wieku swoje rezydencje wznosili bogaci mieszkańcy Buenos Aires. Generalnie w Mar del Plata przeważa niska zabudowa, a jedynie w pasie nadmorskim stoją wysokie apartamentowce. Miejscowość poza strefą letniskową jest spokojna, ale rzuca się w oczy, że okna wszystkich domów zabezpieczone są kratami lub żaluzjami. Widać włamania do mieszkań są tu plagą.

Plaża Varese, na którą zabierają nas gospodarze, jest plażą miejską, ale tego się nie czuje. Jest jednocześnie i rozległa, bo szeroka i długa, i kameralna, bo położona w zatoce i zamknięta falochronami. Ponad nią ląd wznosi się na wysokość kilkunastu metrów, a zbocze pokryte jest zadbanym, intensywnie zielonym trawnikiem. Stojące dalej wieżowce są na tyle odsunięte, że nie mącą atmosfery relaksu. Dziś gramy w tejo, popularną tu grę plażową. Tworzymy dwa dwuosobowe zespoły. Każdy otrzymuje po sześć dysków wytoczonych z drewna. W komplecie jest jeszcze jeden, mniejszy. Na piasku rysuje się niewielkie boisko podzielone na pół. Gra polega na umieszczeniu małego dysku na przeciwległej połowie boiska, po czym każda z drużyn wykonuje przemiennie rzuty swoimi dyskami, tak aby znalazły się one możliwie najbliżej niego. Oczywiście można też starać się rzucić w taki sposób, żeby uderzając w dysk przeciwnika, wybić go. Po zakończeniu partii zespołom przydziela się punkty, ustalając kolejność dysków w zależności od tego, jak blisko małego znajdują się. Te, które wypadły poza boisko, nie są brane pod uwagę. Polska drużyna, Dorota i ja, przegrywa. Nie mamy szans w walce z doświadczonymi gospodarzami.

Wieczorem miłe spotkanie – cała rodzina spotyka się u Maria, aby gromadnie pobyć z nami. Każdorazowe przybycie nowych gości powoduje małe zamieszanie. Nowo przybyły przechodzi od jednego do drugiego biesiadnika i zgodnie z argentyńskim zwyczajem całuje go w policzek. Cmok, cmok, cmok. Martín, który zjawia się na końcu, ma do obejścia całkiem już długi wianuszek ludzi (wszystkich nas łącznie z dziećmi nazbierało się dwadzieścia osób).

Juszczykowie postanowili podjąć nas specjałem argentyńskiej kuchni, jakim są empanadas. To rodzaj pierogów, ale o większym rozmiarze niż nasze. Różni je też rodzaj nadzienia, a przede wszystkim sposób przyrządzania – nie są gotowane, lecz smażone w głębokim tłuszczu. Większość z pań przygotowała swój rodzaj empanadas, możemy więc spróbować argentyńskich pierogów z farszem z wołowiny, kurczaka, wieprzowiny, ryby i słodkiej kukurydzy. Zrobiła się z tego prawdziwa uczta z ilością jedzenia, której trudno podołać. A przy dobrej kolacji wesoło rozmawia sie o tym i owym. Luciana, będąca w wieku pomiędzy Dorotą a Kamilą, puszcza film ze swoim przejazdem podczas zawodów w jeździe figurowej na wrotkach. Nie miałem pojęcia o istnieniu takiej konkurencji sportowej, a podobno jest ona uprawiana w różnych krajach, w Europie popularna jest na przykład we Włoszech. Na filmie Luciana wykonuje ewolucje niewiele różniące się od tych znanych mi z transmisji jazdy figurowej na lodzie. Wygląda jak profesjonalistka. Jest mistrzynią Argentyny w swojej kategorii i ma ambicje zdobywania nagród w międzynarodowych konkursach.

Czas mile spędzany mija szybko. Robi się późny wieczór i po kolei wszyscy wychodzą. Oczywiście rozstaniom towarzyszy tradycyjny pocałunek w policzek. My dodajemy jeszcze od siebie zaproszenie do odwiedzenia nas w Polsce.

Czytaj dalej

Copyright © 2014