Kierunek Mar del Plata

09/02/2014

Mamy dziś dotrzeć do rodzinnego domu Juszczyków w Mar del Plata. Z Puerto Iguazú to szmat drogi. Przebieg pierwszego etapu – do Buenos Aires – mamy ściśle zaplanowany – lecimy rejsowym samolotem linii Lan. Dalsza część podróży jest tylko z grubsza naszkicowana i do końca nie wiem, co może nas spotkać. Ale niespodzianka, i to niestety przykra, czeka już na samym początku – wylot jest opóźniony o całą godzinę.

W Buenos lądujemy wpół do trzeciej. Teraz należałoby szybko odebrać bagaż i pędem jechać na dworzec autobusowy. Zamiast tego stoimy w tłumie pasażerów, ściśniętych przy owalnym taśmociągu, w prowizorycznie urządzonej, pozbawionej niemal światła sali. Mijają cenne minuty i nic się nie dzieje. W końcu taśmociąg rusza, a po dłuższej chwili pojawiają się na nim nasze walizki. Usługę remis zamówiłem zaraz po wylądowaniu, ale odbiór bagażu trwał tak długo, że kierowcę wysłano z innym pasażerem. Musimy poczekać na kolejnego.

Wreszcie jedziemy. Trasa na szczęście jest krótka – z Aeroparque Jorge Newbery do Terminal de Ómnibus de Retiro – 15 minut. Kierowca pyta o nazwę firmy, z którą dalej będziemy podróżować. Nie mamy biletów, więc skąd mam wiedzieć. Zabierzemy się z kimś, kto operuje na trasie do Mar del Plata. Zatrzymujemy się przed wejściem do sektora, skąd ponoć odchodzą autobusy w tym kierunku. Wchodzimy do wewnątrz, a tam ludzi co niemiara. Jedni przeciskają się z prawej do lewej, drudzy odwrotnie. Oczekujący na połączenia okupują przeznaczone dla nich miejsca z ustawionymi wokół stosami bagaży. Ludzie różnie ubrani. Część z nich to na pewno nie podróżni. Raczej menele, próbujący zdobyć tu trochę grosza. Ruch i harmider. Moja pierwsza myśl, gdy znalazłem się w tej ciżbie: musimy pilnować siebie i swoich walizek. Jeżeli chodzi o zakup biletów, wyobrażałem sobie to prosto – na tablicy zobaczę, o której odchodzi najbliższy autobus, pójdę do kasy, wykupię miejsca i już. Tyle tylko że tu żadnej informacji o odjazdach nie ma, nie ma też żadnej centralnej kasy biletowej. Budynek dworca jest wąski, za to rozciągnięty na niemal czterysta metrów. Peronów, z których odjeżdżają autobusy jest siedemdziesiąt pięć, a firm transportowych ponad setka. Ogarnęła mnie nieprzyjemnie odczuwalna bezradność.

W końcu dociera do mnie, że bilety sprzedawane są piętro wyżej. Tam dla odmiany jest spokojnie i pusto. Wzdłuż długiego korytarza ciągnie się rząd kas i biur firm transportowych. Tu każdy przewoźnik sprzedaje miejsca w swoich autobusach samodzielnie. Nie próbuję nawet znaleźć się w tym gąszczu ofert. Zaczepiam dwóch gości, rozmawiających w otwartych drzwiach któregoś z biur. Jeden z nich podprowadza mnie do kontuaru stanowiska trzy segmenty dalej. Pyta siedzącej tam dziewczyny, o której ma najbliższy kurs do Mar del Plata. Ja dodaję, że chodzi nam o cztery miejsca w klasie ejecutivo. Ta sprawdza w komputerze. Tu nie ma tylu – mruczy pod nosem. Tutaj są! Condor Estrella o 16.30. To za godzinę. Zgadzam się skwapliwie. Płacę niecałe 1200 pesos (100 dolarów, 310 zł) i w garści mam cztery miejscówki. Co za ulga!

Komunikacja autobusowa w Argentynie jest mocno rozwinięta z uwagi na duże odległości między miastami i regionami. Samolotem nie wszędzie da się dolecieć, a połączenia kolejowe są w ogóle skąpe. Konkurując ze sobą, przewoźnicy oferują dobrej jakości usługi. Wybierać można między dwoma lub trzema klasami, które różnią się przede wszystkim ilością miejsca przeznaczonego dla pasażera. W klasie ejecutivo w jednym szeregu umieszczone są trzy fotele (a nie cztery jak standardowo). Każdy z nich jest obszerny, rozkłada się w tył i do przodu, podróżować można więc w wygodnej pozycji półleżącej. O takim komforcie w autokarach długodystansowych w Europie można tylko pomarzyć.

Nasz autobus opóźniony jest o pół godziny. Do Mar del Plata dotrzemy więc z początkiem nocy. Pakują nam bagaże do tylnego luku. Otrzymujemy tacki z przekąskami na drogę. Zajmujemy swoje miejsca w przedniej części górnego pokładu, skąd mamy panoramiczny widok. Ruszamy w kierunku południowym. Za oknem przesuwają się dobrze nam znane obrazy – po lewej strzeliste wieżowce Puerto Madero, po prawej Casa Rosada. Wjeżdżamy na poprowadzoną wiaduktem autostradę Buenos Aires-La Plata. Z boku zostawiamy dzielnicę La Boca, a w końcu z tyłu za sobą całe Buenos Aires. Tego się jednak nie czuje, bo trasa prowadzi cały czas przez zurbanizowany obszar satelickich miast – Avellaneda i Quilmes. Na trzydziestym pierwszym kilometrze zjeżdżamy na drogę szybkiego ruchu (La Ruta 2). Teraz przez lekko pofalowaną pampę szarzejącą w mrokach nadciągającej nocy prosto do Mar del Plata.

Czytaj dalej

Copyright © 2014