Mate na plaży

10/02/2014

Dziś pierwszy dzień w Argentynie, kiedy nie muszę myśleć, co będziemy robić. Troskę o program pozostawiam naszym gospodarzom. Bez pośpiechu schodzimy na śniadanie, gawędzimy, w dziennym świetle oglądamy dom i jego otoczenie. Juszczykowie mieszkają na obrzeżach miasta w cichej, spokojnej okolicy. Ich piętrowa willa ma od frontu mały ogródek, a z tyłu użytkowe patio z garażem, w którym Mario przywraca świetność wiekowym motocyklom. Zaglądamy do Martina, który mieszka tuż obok (w sumie jest to część rodzinnej parceli wydzielonej mu przez ojca). Martín zabawia swego nieco ponadrocznego synka. Widać, że teraz to jego oczko w głowie. Najmłodszemu z Juszczyków przywieźliśmy w prezencie konika bujanego z drewna, koszulkę ze smokiem wawelskim i książeczkę z krakowskimi legendami po hiszpańsku. Ciekawe, czy będą dla niego brzmiały równie egzotycznie, jak dla nas baśnie z tysiąca i jednej nocy.

Mariela wychodzi do pracy, a Mario zarządza: jedziemy na plażę. W końcu jest lato, a cóż można by lepszego robić w nadmorskim kurorcie niż zażyć relaksu nad wodą. Pakujemy do furgonetki parasole, leżaki i drobny sprzęt. Na tylnej trzyosobowej kanapie muszą zmieścić się cztery nasze panie – Laura, Agnieszka, Dorota i Kamila. Na szczęście żadna z nich nie jest wielkiej postury. Avenida Constitución prowadzi nas prosto do morza (w zasadzie do oceanu, jesteśmy przecież nad Oceanem Atlantyckim). Skręcamy w prawo i szerokim bulwarem ruszamy w kierunku centrum miasta z wysokimi apartamentowcami, pobudowanymi nad szeroko rozlanymi wodami. Wzdłuż bulwaru ciągną się zagospodarowane plaże z rzędami kolorowych kabin. My pojedziemy w inne, bardziej spokojne miejsce, na południowych przedmieściach Mar del Plata – mówi Mario. Przecinamy centrum, mijamy port. Po drodze dołączają do nas Diego z Paulą.

 

Plaża wygląda zwyczajnie. Długa, szeroka, płaska, z jasnym piaskiem, zamknięta wydmą. Rozkładamy swoje sprzęty. Zaraz dołącza do nas Ana Maria ze swoją częścią rodziny. Teraz znamy już wszystkich Juszczyków z Mar del Plata. Słońce, ciepło, ale nie gorąco, delikatny wiatr. Pogoda wymarzona do wypoczynku. Kąpiel w oceanie mocno odświeżająca. Spieramy się z Agnieszką, czy temperatura wody jest wyższa niż w Bałtyku. Moim zdaniem tak, choć wejście do niej wymaga nieco samozaparcia. Wystarczy jednak trochę poruszać się, popływać i uczucie chłodu mija.

Laura wzięła ze sobą termos z mate. Mamy więc wreszcie okazję, żeby napić się tego argentyńskiego napoju, robiąc to tak jak miejscowi. Mate to napar z suszonych i przemielonych liści ostrokrzewu paragwajskiego (jego potoczna hiszpańska nazwa to yerba mate). Zwyczaj picia mate przybysze z Europy przejęli od tubylców mieszkających w górnym biegu rzeki Paraná, gdzie ostrokrzew paragwajski występował powszechnie. Podobnie jak kawa czy herbata mate działa stymulująco na organizm, a to dzięki zawartości kofeiny. Tu w Argentynie nie jest to jednak jedynie używka, ale swego rodzaju medium współtworzące dobrą atmosferę spotkania w gronie rodziny, znajomych, kolegów w pracy. Mate można pić samemu, ale często robi się to grupowo, przekazując sobie naczynie z rąk do rąk (trafniej byłoby powiedzieć z ust do ust) jak swoistą fajkę pokoju.

Laura napełnia naparem bombiaste w kształcie naczynie wykonane z tykwy (też zwie się mate). Do środka wsadza metalową, zakrzywioną słomkę (bombilla). Pociąga pierwszy łyk i przekazuje mate siedzącej obok szwagierce. Ana Maria powtarza tę czynność i tak naczynie ze słomką zaczyna wędrówkę wkoło. Co jakiś czas trzeba jedynie dolać naparu z podręcznego termosu. Zanim mate dociera do mnie, słomka była już w ustach dziesiątki osób. Bez wahania obejmuję wargami ustnik. Smak napoju jest lekko gorzkawy, ale ileż pozytywnej międzyludzkiej energii dostarcza.

Na kolację jedziemy do centrum Mar del Plata. Wybór Maria to churrascaria, gdzie mięso zdjęte z rusztu przynoszone jest przez kelnera na szpadlu bezpośrednio do stołu i tu serwowane na talerz. Jeść można do woli, co przy wspaniałym smaku pieczonej wołowiny, wieprzowiny i drobiu ma ten zgubny skutek, że po skończonej uczcie ciężko ruszyć się z miejsca. Jutro trzeba będzie pomyśleć o małej diecie!

Czytaj dalej

Copyright © 2014