Metropolia

03/02/2014

Obudzić się rano i nie słyszeć odgłosu padającego deszczu. Błędne marzenie. Ulewa jest taka sama jak wczoraj i przedwczoraj. Przyjazne słońce z niedzielnego popołudnia to teraz tylko senny miraż. Ale też w układzie pogody z poprzednich dni tkwi ziarno nadziei – może po dziesiątej, kiedy dojedziemy do San Antonio de Areco, nie będzie już padać i zła aura nie zakłóci naszej wycieczki. Z tą napawającą nas otuchą myślą zbieramy się pospiesznie. Gdy wychodzimy z bramy, z oddali macha do nas postawny mężczyzna o kreolskiej urodzie, z krótko przystrzyżonym wąsem. To José María. Wskakujemy do vana i z wolna ruszamy. Z wolna, bo Viamonte jest cała zakorkowana. Dziś już nie weekend. Przez opustoszałe w sobotę i niedzielę ulice centrum teraz płyną fale aut.

Skręcamy w lewo w Avenida Leandro N. Alem, która na wysokości Plaza de San Martín przechodzi w ciągnącą się kilometrami Avenida del Libertador. Wjeżdżamy na nowe dla nas terytorium prestiżowych dzielnic północnych – Recoleta, Palermo, Belgrano. Jedziemy i jedziemy, a za oknami cały czas parki, zieleń, drzewa. Nawet w taki szary deszczowy dzień, patrząc przez cieknące po szybie krople, łatwo o poczucie, że to kawałek jakiegoś lepszego świata. José María okazuje się nie tylko dobrym kierowcą, ale i znakomitym przewodnikiem. Swoim tubalnym głosem opowiada o każdym mijanym, wartym uwagi miejscu. Na przykład Floralis Genérica, ogromna konstrukcja z aluminium o wysokości 23 metrów i kształcie rozwartego kielicha kwiatu. Wedle pierwotnego założenia ten kielich miał przymykać się na noc, tak jak się to dzieje w naturze, ale zawiódł system hydrauliczny. Jak mówi José María, projektant (Eduardo Catalano) już nie żyje, wykonawca (Lockheed Martin Argentina) nie istnieje, nie wiadomo, kto ma usunąć usterkę.

Skręcamy w kierunku Plaza Italia, żeby zabrać parę Amerykanów, którzy towarzyszyć nam będą w wycieczce. Potem znowu jedziemy na północ, dalej wzdłuż ciągnących się terenów zielonych. Mijamy stadion do rozgrywek polo, tor do wyścigów konnych, pole golfowe. Wjeżdżamy na kilkupasmową Avenida General Paz, która stanowi granicę pomiędzy Ciudad Autónoma de Buenos Aires, miastem-stolicą państwa, a innymi ośrodkami miejskimi, łącznie tworzącymi konurbację Gran Buenos Aires. Stolicę zamieszkuje 2,9 miliona osób, a cały obszar metropolitalny blisko 10 milionów więcej. Autostradą Acceso Norte kierujemy się na północ. My jedziemy płynnie. Z przeciwnej strony wszystkie samochody stoją w gigantycznym korku. Tak jest każdego dnia – mówi José María. Setki tysięcy ludzi jadą do pracy, a większość z nich zatrudniona jest w centrum stolicy.

Wzdłuż autostrady pobudowano zamknięte osiedla mieszkaniowe. Ich tereny są ogrodzone i monitorowane, a ludzie mają tu wszystko, co potrzebne do życia – szkoły, sklepy, nawet pola golfowe. Jeszcze parę lat temu wielu bogatych Argentyńczyków przenosiło się do takich osiedli – tłumaczy José María. Mogli tu wieść spokojne, bezpieczne rodzinne życie, a autostrada zapewniała im szybki dojazd do pracy w centrum Buenos Aires. To się jednak skończyło, korki są teraz zbyt duże. Wielu z bogatych wraca z powrotem do miasta.

Mijają kolejne kilometry, za szybą widać coraz mniej zabudowanych terenów, a coraz więcej zielonych pól. To soja – mówi José María. Jej uprawy wyparły z tej części pampy bydło. Ziemia jest tu tak urodzajna, że bardziej opłaca się obsiewać pola niż hodować rogaciznę. Soja, która jest rośliną wymagającą żyznych gleb i dużego nasłonecznienia, udaje się tu znakomicie, a jej ziarno stanowi obecnie jeden z głównych produktów eksportowych Argentyny (sprzedaje się niemal całość zbiorów, konsumpcja wewnętrzna jest na minimalnym poziomie).

I tak suniemy drogą krajową nr 8 (Ruta Nacional 8) pośród zielonych pól. Czas mija szybko. Paręnaście minut po dziesiątej wjeżdżamy do San Antonio de Areco. Deszcz nie pada. Nawet nie zauważyłem, kiedy przestał.

Czytaj dalej

Copyright © 2014