Najlepsze frytki świata

06/02/2014

Cel naszej wyprawy do miasta: zobaczyć centrum, zrobić zakupy, zjeść mięsną kolację.

W Puerto Iguazú mieszka trochę ponad czterdzieści tysięcy ludzi, gdyby nie turystyka nie byłoby ich nawet połowy. Miasto leży bowiem na samym krańcu północno-zachodniej Argentyny, będąc odizolowanym od reszty kraju przez nieprzyjazne puszcze. Lecz kiedy idzie się główną ulicą, w żaden sposób nie ma się poczucia, że ktoś jest tu szczególnie zainteresowany potrzebami przyjezdnych. Owszem spotkać można informację turystyczną, parę sklepów z pamiątkami, punkt wynajmu samochodów. Widać znaki wskazujące drogę do jakichś hoteli i hosteli. Wszystko to jednak wtopione jest w pejzaż prowincjonalnego miasteczka, gdzie ludzie żyją zajęci własnymi problemami. Dla nas to akurat lepiej. Wolimy widzieć nieco zaniedbane, ale za to autentycznie wyglądające fasady niskich domów. Wolimy  wmieszać się w grupy miejscowych przechodniów niż spacerować jakąś wypicowaną promenadą. W tym wypadku zwyczajność, a nawet bylejakość, ma urok warty dobrej oceny.

 

Zakupy robimy w supermarkecie Ruta 17. Niedaleko po drugiej stronie centralnej alei miasta w wolno stojącym dużym pawilonie znajduje się restauracja. Taka, o jaką nam chodziło – na zewnątrz obok wejścia żarzy się węgiel pod rusztem, a na stalowej kratownicy smażą się kawałki mięsa. Wchodzimy do środka, jest dość pusto, ale to może dlatego, że wieczór dopiero się zaczyna. Prosimy o kartę, żeby zorientować się w menu, i w tym momencie gaśnie światło. I to nie tylko w samym lokalu, ale też poza nim. Cały kwartał pogrąża się w mroku. Czekamy, mając nadzieję, że to tylko chwilowa awaria. Światło jednak nie wraca. Na kolację przy świecach nie mamy ochoty, idziemy więc dalej.

Droga nieznacznie opada, a potem wspina się na przeciwległy pagórek. Tam lampy się palą. Mijamy kolejną knajpę z parillą. Agnieszce się nie podoba, wygląda zbyt rustykalnie. Otwarte okna wskazują na brak klimatyzacji, a mimo zmroku temperatura nie obniżyła się wiele poniżej trzydziestu stopni. Przyjemniej byłoby zjeść posiłek w sztucznie schłodzonej atmosferze. Jednak wraz z oddalaniem się od centrum standard lokali spada coraz bardziej. Przechodzimy koło kuchni prowadzonej niemal na otwartym powietrzu, z odrapanymi ścianami, stolikami i krzesłami z demobilu. Nawet nie pytam, czy tu się zatrzymamy.

W zanadrzu mamy jeszcze jedno miejsce. Idąc z hotelu, zaraz na skraju miejscowości widzieliśmy bardzo porządną restaurację. Skręcamy więc teraz w przecznicę prowadzącą w tamtą stronę. Jest. Ceglasty, piętrowy, rozświetlony budynek. „El Quincho del Tío Querido”. W środku pełno. Kelnerzy w szykownych długich fartuchach biegają wśród stolików. Bierzemy kartę. Ceny zaskakująco wysokie, ale mówi się trudno. Czekamy aż podejdzie któryś z kelnerów, jednak nie wzbudzamy niczyjego zainteresowania. Może to jednak nie jest miejsce dla nas – mówię i za chwilę jesteśmy już na zewnątrz. Wygląda na to, że nasza kulinarna podróż skończy się tak jak często – brakiem porozumienia, gdzie jemy, co jemy, nadąsanymi minami i wzajemnymi wyrzutami. Na szczęście po drugiej stronie ulicy za wielką przeszkloną witryną znajduje się inny lokal. Prosto urządzony, bez żadnego zadęcia. Widać, że sala spora, a nie ma ani jednego gościa. Parilla jednak rozpalona. Czemu by tu nie spróbować? Zamawiamy selekcję mięsa z rusztu, do tego frytki i od razu litr piwa (dla dziewczynek soft drinki).

Mięso takie sobie. Jedne kawałki lepsze, inne gorsze, jak to z mieszankami bywa. Trzeba było nauczyć się na pamięć rekomendacji Hectora i zamówić to, co z wołowiny najsmaczniejsze. Za to frytki rewelacja. Nigdy tak dobrych nie jadłem. To nie cienkie patyczki, jakie u nas się serwuje, często spalone w starym tłuszczu. Tu frytki wyciosane są z wielkich ziemniaków. Z wierzchu lekko przypieczone, w środku przyjemnie miękkie. Palce lizać! Mięsa nie dojedliśmy, za to frytek domówiliśmy jeszcze jedną porcję.

Następnego dnia przejeżdżaliśmy tamtędy, wracając z wodospadów. Taksówkarz wskazał na budynek mieszczący „El Quincho del Tío Querido”, mówiąc, że to najlepsza restauracja w Puerto Iguazú. Nawet się nie zająknęliśmy, żeśmy się stamtąd wycofali. Może ta restauracja jest doskonała, ale najlepsze frytki na świecie serwują w tej po przeciwnej stronie ulicy.

Czytaj dalej

Copyright © 2014