Parque das Aves

07/02/2014

Z powrotem odwozi nas ten sam dwupokładowy autokar. Do umówionego spotkania z Claudiem mamy nieco ponad półtorej godziny. Jest parno, gorąco. Szczerze mówiąc, wolelibyśmy już znaleźć się w naszym hotelowym basenie. Chcąc, nie chcąc, idziemy do położonego po drugiej stronie drogi Parque das Aves. To jedyny sposób na spędzenie pozostałego nam czasu.

Wstęp drogi, ale na to byłem przygotowany po lekturze przewodnika. Na dodatek nie akceptują kart kredytowych. Płacę gotówką w argentyńskich pesos. Z przelicznika wychodzi 560 pesos, czyli 48 dolarów, albo 148 zł.

Przechodząc przez wejściową bramę, wkraczamy do królestwa ptaków. Na początku nic nie zapowiada wielkich wrażeń, wydaje się, że będzie to normalne zoo, tyle że z uboższą, bo ograniczoną do latających stworzeń, ofertą. Lecz po minięciu administracyjnych zabudowań zanurzamy się w leśną gęstwinę i wszystko nabiera nierealnego, jakby nieco bajkowego wyglądu, a może raczej przypomina świat z kart przygodowych opowieści dla młodzieży z akcją toczącą się na egzotycznych lądach. Najprzeróżniejsze gatunki papug, tukany, harpie, czubacze i ibisy żyją tu w swoim naturalnym środowisku. Takie w każdym razie ma się wrażenie, gdyż ptaki nie są trzymane w klatkach, ale w obszernych wolierach. Do większości wchodzi się do środka, a że i wewnątrz, i na zewnątrz krzewi się ta sama gęsta roślinność, nie ma poczucia jakiejś granicy przebiegającej między światem wolnych ludzi i uwięzionych zwierząt. Wszyscy jesteśmy w gęstym subtropikalnym lesie.

Ptaki piękne, intensywnie kolorowe. Największą uwagę przyciągają tukany. Są całkowicie oswojone i nic sobie nie robią z obecności ludzi w swoim towarzystwie. Jeden siedzi na poręczy mostku, po którym przechodzimy. Można go głaskać jak pluszową maskotkę. Nawet nie drgnie. Inny spaceruje po naszej ścieżce. Odbija się z obu nóg, wykonując kangurze skoki. Wygląda to wielce zabawnie. Jakaś turystka niechcący upuściła niebieską zakrętkę od butelki z wodą. Chciała ją podnieść, ale tukan był szybszy i już trzyma kawałek plastiku w swym długim, zakrzywionym dziobie. Kobieta chce go złapać, ale on ucieka ze zdobyczą na wyżej położoną gałąź. Myśląc, że to smakołyk, raz po raz delikatnie podrzuca zakrętkę i z powrotem łapie ją w dziób. Na szczęście jest zbyt duża i nie chce się ustawić w takiej pozycji, aby możliwe było jej połknięcie.

Jedna z wolier stanowi królestwo motyli. Są tu ich dziesiątki, jak nie setki. Niemal wielkości dłoni, tańczą dokoła nas w ciągłym transie. Biegam za nimi z aparatem, żeby uchwycić choćby moment, w którym jeden z nich usiądzie i spokojnie rozprostuje skrzydła. Lecz to wysiłek nadaremny. W końcu zdjęcie robię, ale to portret motyla padłego. Biedaczek musiał wyzionąć ducha ledwie co.

Czas tak szybko zleciał, że to Claudio czekał na nas, a nie my na niego.

Czytaj dalej

Copyright © 2014