Plaza Libertador General San Martín

31/01/2014

Między Polską a Argentyną różnica czasu wynosi cztery godziny, czyli jak tu mamy ósmą rano, to w rodzinnym kraju wybija już południe (w okresie obowiązywania w Polsce czasu letniego różnica zmniejsza się do trzech godzin – w Argentynie nie bawią się w przestawianie wskazówek zegara). Myślałem, że zaadoptowanie się do nowej strefy czasowej sprawi nam problem. Wystarczyło jedynie nie ulec wczoraj zmęczeniu, dotrwać do dziesiątej i życie zaczęło się już samoczynnie toczyć według normalnego rytmu (co niestety u mnie oznacza przebudzenie grubo przed szóstą rano).

Dziś pierwszy prawdziwy dzień w Buenos Aires. Stolicę Argentyny można by zwiedzić w dwa dni, korzystając z żółtego dwupokładowego autokaru – hip on, hip off. My mamy być tu cały tydzień, żeby nie tylko zaliczyć najważniejsze punkty miasta, ale poznać lepiej życie metropolii. Nie musimy się więc spieszyć. Zaczynamy od spaceru do Plaza Libertador General San Martín. Nazwa sugeruje plac, ale faktycznie jest to wspaniały śródmiejski park z imponującym drzewostanem. Niesamowite wrażenie robi figowiec wielkolistny, drzewo o ogromnej gęstej koronie i grubych konarach, które jak węże wiją się ponad głowami spacerujących, opadają i płożą się dalej przez wiele metrów. Są też eukaliptusy, puchowce, jakarandy, araukarie. Trawniki są należycie przycięte, alejki wysprzątane. Psy mają tu wydzielony, ogrodzony segment, gdzie mogą hasać do woli. Mile usiąść wśród tej zieleni, rozkoszując się latem, zapominając o zimie pożegnanej dwa dni temu.

Plaza San Martín to prestiżowy adres w Buenos Aires. Niegdyś były to peryferie miasta. Począwszy od lat siedemdziesiątych XIX wieku, po epidemii żółtej febry, która dotknęła dzielnice południowe, zaczęły tu powstawać rezydencje majętnych rodzin, decydujących się na przenosiny w bezpieczniejsze pod względem zdrowotnym rejony. Najbardziej okazałym przykładem takiej architektury jest Palacio Paz, wyglądający jak francuskie château. Pałac ukończony w 1914 roku stanowił własność rodziny magnata prasowego José C. Paz, założyciela dziennika La Prensa. Dziś jest siedzibą Círculo Militar, stowarzyszenia oficerskiego, i mieści między innymi muzeum uzbrojenia. Dalej w odległości kilkudziesięciu metrów stoi Edificio Kavanagh. Ten budynek wzniesiony zaledwie 20 lat później w stosunku do Palacio Paz reprezentuje zupełnie inną epokę – nowoczesność. Smukła bryła w stylu art deco mieści 105 apartamentów, które w momencie oddania do użytku wyposażone były we wszystkie aktualne nowinki techniczne, łącznie z centralną klimatyzacją. Do wewnętrznej komunikacji służyło 12 wind. Budynek wysoki na 120 metrów był naonczas najwyższą w Ameryce Południowej konstrukcją żelbetową.

Teraz jednak musimy bardziej cofnąć się w czasie, gdyż w kierunku stojącego na skraju placu pomnika generała San Martín zmierza niespodziewanie oddział wojska w strojach z epoki. Żołnierze odziani w paradne mundury grenadierów konnych przywodzą na myśl zawiłe początki argentyńskiej państwowości. Generał José de San Martín odegrał w tych wypadkach niepoślednią rolę. Urodził się na terenie dzisiejszej Argentyny jako Kreol (potomek przybyszów z Europy), ale w wieku sześciu lat wyjechał wraz z rodziną do Hiszpanii. Tu zaciągnął się do wojska. Od 1789 roku służył w armii lądowej i flocie wojennej podczas wielu konfliktów najpierw w przymierzu z Francją przeciw Anglii i Portugalii, a potem przeciw Francji, gdy Francuzi na hiszpańskim tronie zainstalowali Józefa Bonaparte. Wymuszona abdykacja prawowitego króla Ferdynanda VII Burbona doprowadziła do rozluźnienia więzi między Hiszpanią a jej koloniami w Ameryce Południowej. I tak w Buenos Aires, będącym stolicą Wicekrólestwa Río de La Plata (obejmującego w przybliżeniu dzisiejsze terytoria Argentyny, Urugwaju, Paragwaju i Boliwii) doszło w 1810 roku do przewrotu i pozbawienia władzy wicekróla (najwyższego urzędnika sprawującego rządy w imieniu króla Hiszpanii). Przyszłość nie była jednak pewna – szczególnie po restauracji Burbonów w 1813 roku siły wierne monarchii zachowały swoje wpływy. W tym czasie José de San Martín zdecydował się na porzucenie służby w armii hiszpańskiej  i, prawdopodobnie z inspiracji angielskiej (Anglia była w oczywisty sposób zainteresowana zerwaniem przez kolonie więzi z macierzą), w 1812 roku powrócił na rodzinne ziemie, angażując się w walkę z rojalistami. Wśród zwolenników niepodległości nie było wielu profesjonalnych wojskowych, dzięki swojemu doświadczeniu San Martín odgrywał więc coraz donioślejszą rolę w długoletniej kampanii. Kluczowe dla końcowego zwycięstwa było pokonanie wojsk Wicekrólestwa Perú, najbogatszej z kolonii, stojącej wiernie przy Burbonach, stanowiącej stałe zagrożenie od północy. W tym celu w roku 1817 armia pod wodzą San Martín przeprawiła się przez Andy i w ciągu kilkunastu miesięcy doprowadziła do wyparcia rojalistów z terytorium dzisiejszego Chile. W 1820 roku San Martín ruszył dalej na północ i w czerwcu kolejnego roku zajął Limę, stolicę Wicekrólestwa Perú. Tym samym jego misja dobiegła końca. W 1824 roku po śmierci żony, rozczarowany konfliktami między unitarianami a federalistami rozdzierającymi społeczeństwo nowego państwa, opuścił Argentynę i nigdy już do niej nie wrócił, choć żył jeszcze 26 lat (większą cześć tego okresu spędził we Francji, gdzie też i zmarł). Dość to zaskakujący koniec dziejów człowieka, któremu w ojczyźnie nadano przydomek Libertador – Wyzwoliciel.

Grenadierzy ustawiają się szpalerem przed pomnikiem generała. Pojawia się też orkiestra wojskowa, kamera telewizyjna, oficjele w granatowych garniturach. Pewnie będzie tu miała miejsce ceremonia składania kwiatów przez jakąś oficjalną delegację. My decydujemy się iść dalej. Główna aleja prowadzi do punktu, w którym kończy się park, a zaczyna się, jak nazywają go miejscowi, jar (po hiszpańsku barranca). W rzeczywistości jest to tylko łagodne obniżenie terenu, ale ponieważ wokół jest płasko, kilkunastometrowa różnica poziomów między centrum a nadbrzeżem Río de La Plata stanowi mocny akcent na planie miasta. Roztacza się stąd piękny widok – na pierwszym planie powiewa wielka flaga Argentyny, łopocze ponad wkomponowanym w opadające zbocze monumentem upamiętniającym żołnierzy poległych w walce z Wielką Brytanią o Malwiny (Falklandy) w 1982 roku. Dalej spośród drzew wystrzela siedemdziesięciopięciometrowej wysokości wieża, zaprojektowana w stylu klasycyzmu angielskiego. Nie bez przyczyny – została ufundowana przez brytyjską społeczność Buenos Aires dla upamiętnienia setnej rocznicy rewolucji majowej 1810 roku (odsunięcie od władzy wicekróla, stanowiące pierwszy krok w kierunku niepodległości Argentyny). Wieża nosiła nazwę Torre de los Ingleses i znajdowała się na Plaza Británica (Wieża Anglików na Placu Brytyjskim). Po konflikcie o Malwiny nazwy zmieniono na Torre Monumental i Plaza Fuerza Aérea Argentina. W ten małostkowy sposób dokonano zemsty za przegraną w wojnie. W tle prężą się ramiona dźwigów portowych. Łatwo można ulec złudzeniu, że Buenos Aires leży bezpośrednio nad morzem. Faktycznie miasto położone jest na brzegu wielkiej wody, lecz nie jest to morze, a estuarium, czyli lejowate w kształcie ujście połączonych rzek Paraná i Uruguay. Zwane Río de La Plata, ciągnie się blisko 300 kilometrów, a na wysokości Buenos Aires ma szerokość 50 kilometrów. Po stronie argentyńskiej (po drugiej stronie znajduje się Urugwaj) brzeg jest głównie bagienny, a głębokość niewielka. To za sprawą ogromnej ilości mułu i gliny płynących wraz z nurtem rzeki Paraná. Jeżeli ktoś chce znaleźć się na prawdziwej piaszczystej plaży, jadąc z Buenos Aires, musi spędzić w samochodzie przynajmniej cztery godziny.

 

Czytaj dalej

Copyright © 2014