Podróż zaczyna się na nowo

06/02/2014

W linii prostej z Buenos Aires do Iguazú jest blisko 1.100 km. Niby nie aż tak wiele (mniej niż na przykład z Krakowa do Brukseli), a jednak jest to podróż do odległego świata. Pierwsze co uderza (szczególnie gdy pogoda w stolicy Argentyny była wyjątkowo jak na tę porę roku kapryśna), to zmiana strefy klimatycznej. Lecąc, przecina się równoleżniki, oddala od oceanu i ląduje w strefie wilgotnego podzwrotnikowego klimatu z temperaturą dochodzącą do 40oC. Druga zmiana dotyczy flory. Ucywilizowaną trawiastą pampę zastępuje dzika dżungla. Wszystkie miejsca stanowiące dziś ludzkie siedziby i szlaki komunikacyjne między nimi zostały kiedyś wydarte bujnej przyrodzie, a teraz człowiek dalej musi starać się, aby nie powróciły one we władanie plennych roślin. A sprawa trzecia to emocje. Kiedy ląduje się pośród nieprzeniknionej puszczy rozświetlonej ostrym słońcem, kołuje pod niewielki, prostopadłościenny budynek terminalu prowincjonalnego lotniska, a beton pasa dojazdowego jest aż brunatny od żelazistej ziemi, trudno nie myśleć, że oto jesteśmy u progu egzotycznej przygody.

 

Z lotniska do Puerto Iguazú, jedynej większej miejscowości w tym rejonie Argentyny, jest dwadzieścia kilometrów. Droga prowadzi przez lekko pagórkowaty teren. Asfalt pierwszej klasy, równiuteńki, bez żadnej dziury. Z jednej strony szosy dżungla, z drugiej strony dżungla, ale oba pobocza równiutko wygolone. Żadnych walających się śmieci. Porządek, jakiego trudno było się spodziewać. Co jakiś czas znaki apelujące do kierowców o ostrożną jazdę w trosce o zwierzęta przekraczające jezdnię. Nasz kierowca jak najbardziej do tych apeli się stosuje. Jedziemy 50 km/godz, choć ruch niewielki.

Przy dojeździe do Puerto Iguazú znajduje się rondo. Szosa na wprost prowadzi do centrum. My skręcamy w prawo w kierunku granicy z Brazylią, ale jedziemy tylko chwilę, bo dosłownie po 150 metrach zbaczamy w ubitą, rdzawego koloru ziemną drogę. Jeszcze minuta i jesteśmy na miejscu. Luces de la Selva to zespół domków letniskowych położonych na obrzeżu miasteczka, a może lepiej byłoby powiedzieć, na początku dżungli. Tu będziemy mieszkać. Kiedy tylko nasza taksówka zatrzymuje się u wejściowej bramy, zza ogrodzenia wychodzi uśmiechnięty młody człowiek o ciemnych włosach, niskiego wzrostu, lekko kulejący. Wygląda, jakby na nas czekał. Mówię tylko, że mamy tu rezerwację i już prowadzi nas do naszego bungalowu. Ścieżka jest jak korytarz wycięty w zielonym gąszczu, wije się wśród drzew i zarośli. Po przejściu kilkudziesięciu metrów czuję się jak zagubiony w nieprzebytym buszu. Z pomocą naszego przewodnika docieramy jednak do celu. Nasz parterowy domek jest całkiem spory i mile urządzony. Do dyspozycji mamy pokój dzienny z kuchnią, dwie sypialnie i dużą łazienkę. Warunki wręcz luksusowe w porównaniu z mieszkankiem w Buenos Aires.

Recepcjonista nie szczędzi nam rad co do organizacji naszego pobytu. Przepytuję go dokładnie, bo choć przyjechaliśmy tu dla odwiedzenia jednego tylko miejsca – wodospadów na rzece Iguazú – wycieczki wymagają starannego zaplanowania. A to dlatego, iż chcemy zobaczyć wodospady z dwóch stron rzeki – i z argentyńskiej, i z brazylijskiej. W tym drugim przypadku trzeba będzie nie tylko dojechać w odległy o ponad dwadzieścia kilometrów rejon, ale również przekroczyć tam i z powrotem granicę państwową. Dlaczego nie miała nam wystarczyć wyprawa na jeden tylko brzeg? Zgodnie z wszystkimi rekomendacjami należało być i tu, i tu, aby po brazylijskiej stronie rozkoszować się panoramicznym widokiem gigantycznych kaskad, a po argentyńskiej poczuć bliskość i energię spadającej wody. Ci, którzy się spieszą i mogą poświęcić tylko jeden dzień na wycieczkę, nieraz pytają mnie, którą stronę wybrać – opowiada mój sympatyczny rozmówca. Nie jestem w stanie im doradzić, doznania są po prostu całkiem inne. Chwali naszą decyzję, żeby zacząć jutro od brazylijskiego brzegu. Poleca nam skorzystanie z taksówki. Przy czwórce podróżnych wyjdzie taniej, a czasowo najsprawniej. On wszystko załatwi. Auto będzie czekać na nas rano przy hotelowej bramie.

Jest po czwartej. Wieczorem pójdziemy do centrum miasteczka. Teraz czas relaksu. Przebieramy się w stroje kąpielowe i idziemy na basen (to tylko kilkanaście kroków – cały ośrodek ma kameralny charakter). Woda ciepła jak na kąpielisku termalnym. Można by w niej siedzieć godzinami bez wzrastającego poczucia chłodu. Jest przyjemnie, naprawdę przyjemnie.

Czytaj dalej

Copyright © 2014