Pop art, alfajores i rodzinne archiwum

11/02/2014

Natura po raz kolejny spłatała figla, budząc nas bębnieniem kropel po okiennych szybach. Niebo jest szare, wiatr targa gałęziami. Ładna pogoda należy już tylko do wspomnienia wczorajszego dnia. Wariant z kolejną wyprawą na plażę odpada. Może to i dobrze – myślę sobie. Po kilkunastu godzinach w serdecznej gościnie mam ochotę spędzić trochę czasu po swojemu.

Pojedziemy do nowo otwartego muzeum sztuki współczesnej, którego nowoczesny budynek mijaliśmy wczoraj w drodze na plażę, a potem zobaczymy, co dalej. Mario podrzuca nas autem. Muzeum znajduje się przy nadmorskim bulwarze. Nie wiadomo, co jest bardziej pociągające, panoramiczny widok wzburzonego oceanu czy obiekty sztuki zgromadzone wewnątrz. Ekspozycja, gorąco polecana nam przez Laurę, stanowi kompleksowy przegląd prac powstałych w ramach prądu artystycznego zwanego pop artem, który w latach sześćdziesiątych, jak się okazuje, mocno zaznaczył się w kulturze argentyńskiej. Wiele z pokazanych dzieł to duże instalacje, kolorowe i niezwykłe w formie, jak komnata ze ścianami ze zwykłych sienników. Tworzyć coś bezużytecznego z przedmiotów użytku codziennego to dopiero jest sztuka.

Gdy wychodzimy, pogoda jest zdecydowanie lepsza, przestało siąpić, słońce nawet próbuje nieśmiało przebić się przez chmury. Spokojnie możemy zrobić sobie spacer nadmorską promenadą do centrum. Stąd to jakieś trzy kilometry, ale donikąd nam się nie spieszy. Po drodze wstępujemy do przyfabrycznego sklepu Havanna, żeby na prezenty do Polski zakupić zestawy niezwykle popularnych słodkich przekąsek zwanych alfajores. W najbardziej typowej wersji alfajor to dwa złączone kruche ciasteczka przełożone masą kajmakową i oblane czekoladą. Te słodycze w Argentynie można kupić niemal na każdym rogu, ale najbardziej cenione są marki Havanna, produkowane w Mar del Plata. Faktycznie smak mają dobry, lecz spożycie większej ilości grozi szybkim przyrostem tkanki tłuszczowej, co sam zaczynam odczuwać.

Lunch zjadamy w pustym barze przy promenadzie. Tłumy wczasowiczów przewalają się za to w centrum miasta. To łączy wszystkie nadmorskie kurorty – kiedy nastaje brzydka pogoda, mrowie zdenerwowanych letników rusza w stronę lądu w poszukiwaniu rozrywek, których ten w takiej skali nie jest w stanie im zaoferować. My też szwendamy się trochę po sklepach, chwilę odpoczywamy na falochronie w pobliżu historycznego budynku Casino Central. Fizycznie zmęczeni, ale psychicznie zrelaksowani wracamy do domu taksówką.

Na wieczór Mario chce nas ponownie zaprosić do restauracji. My mamy jednak inną propozycję – siądźmy tutaj przy stole i spokojnie porozmawiajmy. Laura jest za, a to w końcu ona jest panią domu i jej zdanie jest najważniejsze. Na szybko przygotują z Marielą przekąski. Zatem postanowione – zostajemy. Rozmowa krąży wokół rodzinnych spraw. Po raz pierwszy możemy usłyszeć bardziej szczegółowe informacje o losach Juszczyków w Argentynie. Mario przynosi zdjęcia z domowego archiwum. Wśród czarno-białych fotografii znajduję jedną przedstawiającą kilkuletnią Agnieszkę na tle choinki z dedykacją napisaną na odwrocie przez jej mamę Annę dla swojego brata Stasia, czyli dla ojca Maria. Stara fotografia jakby odbyła podróż nie tylko między odległymi krajami, ale i dalekimi epokami.

***

Wcześniej, zanim wyruszyliśmy na dzisiejszą wycieczkę, zrobiłem kalkulację spodziewanych wydatków do końca naszego pobytu w Argentynie. Wyszło mi, że potrzebować będziemy jeszcze 500 pesos. Zapytałem Maria, gdzie mogę wymienić taką sumę. Trochę się zafrasował. Mam znajomego, który się tym trudni – powiedział. Tylko, jak ci wytłumaczyć, w jaki sposób tam trafić. Zrobimy inaczej. Wybrał numer. W głośniku odezwał się jakiś głos. Słuchaj, potrzebuję wiedzieć, po ile dziś chodzą dolary. Sto dwanaście? Dobrze, dziękuję. Za chwilę Mario przyniósł pudełko, a z niego wyciągnął plik banknotów. Odliczył odpowiednią sumę i wręczył mi ją. Tak będzie najprościej – ja odkupię dolary od ciebie, a potem odsprzedam znajomemu.

Czytaj dalej

Copyright © 2014