Rodzinne spotkanie

02/02/2014

O czternastej jesteśmy umówieni z Jorge i Arielem na rogu Florida i Cordóba przy Galerías Pacifico.

Estanislao2

Stanisław Juszczyk

 

Pierwotną inspiracją nie tyle nawet dla organizacji wyprawy do Argentyny, ile w ogóle myślenia o niej, był przyjazd Maria Juszczyk i jego żony Laury do Krakowa w 2001 roku. To była pierwsza wizyta w Polsce przedstawicieli argentyńskiej odnogi rodziny Juszczyk, czyli rodziny mamy Agnieszki. Skąd takie odległe w sensie terytorialnym koneksje? Historia jest nieco skomplikowana. Ojciec Maria, Stanisław urodził się w Krakowie w 1929 roku. Jego matka zmarła bezpośrednio po porodzie, dla małego Stasia prawdziwą mamą stała się druga żona ojca, Maria Juszczyk. Z tego nowego związku narodziła się dwójka dzieci – Anna, mama Agnieszki, i Sławomir, przyrodnia siostra i brat Stanisława. Stasiu, jak zawsze na niego wołano, szybko usamodzielnił się, został marynarzem, wiatry zagnały go do Argentyny. W 1948 roku  w Buenos Aires wraz z kilkoma kolegami zszedł ze statku i nań nie wrócił. To było w czasach represyjnego komunizmu. Porzucenie macierzystej jednostki uważane było za ciężkie przestępstwo. Groziło za to długoletnie więzienie. Stasiu pozostał więc w Argentynie, tu założył rodzinę, ojczystego kraju nie dane mu już było nigdy odwiedzić – akurat zmiana systemu politycznego w Polsce, dzięki której wizyta taka mogłaby mieć miejsce, zbiegła się w czasie z jego niespodziewaną śmiercią. Stanisław Juszczyk zmarł 18 sierpnia 1990 roku, a więc przed ukończeniem 61 roku życia, ledwie miesiąc po wykryciu u niego raka wątroby.

Estanislao1

Nowe życie w Argentynie

 

Przez cały swój argentyński okres Stasiu utrzymywał serdeczny kontakt z mamą Marią i siostrą Anną poprzez wymianę listów i zdjęć. Z jego związku z Juaną Jadwigą Cisewski (1935-1999), córką polskich osadników, narodziła się trójka dzieci: Jorge, Mario i Ana María. Patrząc od strony matki, która na pewno miała większy udział w ich wychowaniu, stanowiły one trzecie pokolenie emigrantów. Nic więc dziwnego, że żadne z nich nie nabyło umiejętności komunikowania się w języku polskim. Zawsze wiedziały jednak, że ich korzenie tkwią w odległym kraju za oceanem, i to poczucie przetrwało śmierć ojca. Szczególnie Mario dążył do poznania swojej rodziny, a przede wszystkim babci. Niestety nie zdążył. Maria Juszczyk zmarła w 1999 roku w wieku 88 lat.

Któregoś dnia 2001 roku nadeszła informacja, że Mario przyjeżdża z żoną Laurą do swojej cioci Anny. Na dworzec kolejowy wydelegowany został Wincenty, mąż Anny (mój teść). Ze sobą zabrał kartonowy plakat z wypisanym dużymi literami hasłem: „Mario, Laura”. To wystarczyło, aby się odszukać. Krewniacy z Argentyny zostali dowiezieni do rodzinnego domu przy ulicy Pużaka, tego samego, w którym chował się Staś, i który opuścił bezpowrotnie, wyruszając ponad pół wieku wcześniej w świat. Tu spędzili ponad tydzień – Wincenty obwoził ich po bliższej i dalszej okolicy (byli też z wizytą w naszym nowym domu, wtedy jeszcze nieotynkowanym), a Anna tuczyła polskimi specjałami. Zarówno gospodarze, jak i goście mówili w ojczystym języku, tyle że dla Wincentego i Anny był to polski, a dla Maria i Laury hiszpański. To w żaden sposób nie przeszkadzało jednak w pełnej serdeczności komunikacji.

Mario odwiedzał nas jeszcze trzykrotnie przy okazji swoich biznesowych wyjazdów do Włoch (w Argentynie zajmuje się skupem starych motocykli, poddaje je renowacji, a potem sprzedaje włoskim kolekcjonerom). Najpierw przywiózł ze sobą siostrę Anę Marię i córkę Marielę, potem syna Martina, a rok temu był z Arielem, swoim bratankiem. Teraz, dzięki naszej wyprawie do Argentyny, mieliśmy okazję poznać pozostałych członków rodziny.

W umówionym miejscu czekają już na nas Jorge, najstarszy z rodzeństwa, który jeszcze nie odwiedzał nas w Polsce, Ariel, jego syn, i Johanna, narzeczona Ariela. Na powitanie dajemy sobie po buziaku. To powszechny zwyczaj w Argentynie – gdy spotykamy krewnego lub bliskiego znajomego, albo rozstajemy się z nim, nie podajemy mu ręki, nie ściskamy się mocno, po prostu nachylamy się i całujemy go w policzek. Zwyczaj może nam się wydawać trochę dziwny, gdy w ten sposób pozdrawiają się dwaj mężczyźni, ale w gruncie rzeczy tkwi on mocno korzeniami w kulturze śródziemnomorskiej.

Jorge jako jedyny z rodzeństwa opuścił rodzinną Mar del Platę. Mario mówił mi, że zawsze ciągnęło go do miejsc, gdzie było dużo ludzi, gdzie coś się działo. Wybrał więc życie w ruchliwym Buenos Aires. Tu studiował budownictwo. Może też łatwiej było o pracę. Teraz ma jakieś 60 lat, może nawet więcej. Trzyma się jednak dobrze, zachowując szczupłą młodzieńczą sylwetkę. Włosy ma gęste, ułożone we fryzurę z początku epoki Rolling Stones. Mówi żywo. Ledwie parę minut minęło i poczuliśmy się jak starzy znajomi, którzy z jakiegoś powodu nie widzieli się ostatnio.

Zapraszają nas na lunch. Siadamy w najbliższej restauracji. Specjalność zakładu to milanesa, czyli po naszemu kotlet schabowy. Schabowy, choć to symbol tradycyjnej polskiej kuchni, jest w rzeczywistości potrawą z importu. Trafił do nas jako wiener schnitzel, a wcześniej do Wiednia z Mediolanu. Wedle konkurencyjnej teorii to wiener schnitzel był pierwszy, a cotoletta alla milanese powstała z austriackiej inspiracji. Argentyńczycy, a szczególnie potomkowie włoskich emigrantów, z którymi potrawa przywędrowała do Ameryki Południowej, na pewno pierwszeństwo daliby Mediolanowi. Choć trudno w to uwierzyć, milanesa bije na głowę popularność schabowego w Polsce. To jest taki argentyński fast food, jedzony o każdej porze dnia, na ciepło i na zimno (w bułce), z rozmaitymi dodatkami. Ja zamówiłem wersję max – milanesa con queso – czyli grubego kotleta przykrytego kawałkiem podtopionej mozzarelli i plastrami pomidorów. Do tego frytki. Ciężko było, ale zjadłem całą porcję.

Rozmawiamy o Argentynie i o Polsce. O tym, co już widzieliśmy w Buenos Aires, o tym, co mamy w planach. Ariel żyje jeszcze wspomnieniami ze swojej wizyty w Krakowie w ubiegłym roku. Pytamy Jorge, kiedy i on nas odwiedzi. Tak, trzeba by się wybrać – przyznaje. Na głowie ma jednak kilkanaście kotów i do tego parę psów, a poważnie traktowane zobowiązanie opieki nad przygarniętymi zwierzakami nie pozwala mu na dłuższe wyjazdy. Myślę, że jakieś zastępstwo pewnie dałoby się zorganizować, ale Jorge nie jest raczej miłośnikiem podróżowania. Miło, że przynajmniej dziś znalazł dla nas czas. Jemu też się chyba przyjemnie zrobiło, bo niespodziewanie zaproponował, żeby spotkać się jeszcze raz w ostatni dzień przed naszym wyjazdem.

Wychodzimy. Na zewnątrz świeci piękne słońce, ciemne chmury odeszły gdzieś daleko. Jorge z Arielem proponują, żeby przejść się spacerem do cmentarzu La Recoleta (był w naszych planach, ale nie na dziś). Choć to spory kawałek drogi, trudno odmówić. Myśleliśmy jednak, że to ma być wspólny spacer, tymczasem wkrótce po przekroczeniu metropolitalnej Avenida 9 de Julio, krewniacy żegnają się z nami. Pójdziecie osiem kwartałów aleją Santa Fe, potem skręcicie w prawo, pięć kwartałów i będziecie na miejscu – na koniec dają nam dobrą radę. My mamy inny plan. Dla niepoznaki idziemy kawałek Santa Fe, ale gdy mamy już pewność, że nas nie widzą, wstępujemy do lodziarni pod szyldem Freddo (jak się potem okazało, Freddo to sieć z lokalami rozsianymi po całej Argentynie). I nie wiem, na czym polega różnica między produkcją argentyńską a polską, ale te lody były po prostu powalająco dobre.

Dzień mamy zakończyć mszą świętą o 19.30 w pobliskiej bazylice Santísimo Sacramento (dziś niedziela). Wcześniej otwieram po raz kolejny skrzynkę pocztową dla sprawdzenia, czy przyszła odpowiedź na mojego porannego maila  powodowanego intensywnym deszczem i niewesołymi prognozami. Na jutro mieliśmy zaplanowany wyjazd na pampę – do miasteczka San Antonio de Areco, leżącego 120 km od Buenos, i jednej ze znajdujących się nieopodal farm. W przypadku ulewy wycieczka miałaby wątpliwy sens. Stąd moje pytanie wysłane do organizatora, Guillermo z Camino Pampa – jedziemy bez względu na pogodę czy przesuwany na któryś z kolejnych dwóch dni? Odpowiedzi nie ma żadnej, ale w ciągu ostatnich godzin mój nastrój diametralnie się zmienił. Słońce natchnęło mnie optymizmem, wiarą, że jutro będzie lepiej. Żeby więc uniknąć nieporozumienia, kiedy Guillermo otworzy w końcu pocztę, wysyłam kolejnego maila: „Pogoda się poprawiła. Do zobaczenia zatem jutro, tak jak uzgodnione”. Kiedy wracamy z kościoła, w skrzynce jest już wiadomość od Guillermo: „Wszystko przygotowane. W poniedziałek rano José María będzie czekał na was o 8.20 na rogu Florida i Viamonte w swojej niebieskiej furgonetce. My spotkamy się w Areco”.

Czytaj dalej

Copyright © 2014