San Telmo

02/02/2014

Budzimy się w minorowych nastrojach. Deszcz leje rzęsiście. Raz po raz słychać głuchy odgłos gromów. Optymistycznych wieści nie podaje telewizja. Na wszystkich kanałach ostrzegają przed silnymi burzami (tormentas) i zapowiadają deszczowy tydzień (semana de lluvias). Przejechaliśmy 13.000 km po to, żeby teraz siedzieć beznadziejnie w obcym domu? Trudno pogodzić się z taką perspektywą. Szczególnie że dziś jest niedziela i jedyna szansa, żeby zobaczyć tradycyjny targ staroci w dzielnicy San Telmo. Wyglądamy więc za oknem jakichś oznak rozpogodzenia, wsłuchujemy się w rytm spadających kropel, mając nadzieję, na wychwycenie jego spowolnienia, przeszukujemy internet w poszukiwaniu prognoz, w których druga część dnia nie byłaby oznaczona ikoną chmury z kapiącym deszczem. I wbrew alarmistycznym zapowiedziom po dziesiątej intensywność opadów staje się coraz mniejsza, chmury zaczynają robić się coraz bardziej jasne i w końcu deszcz przestaje padać zupełnie. Możemy realizować swój plan.

San Telmo jest jedną z najstarszych dzielnic Buenos Aires. Położone jest na południe od Plaza de Mayo (od ścisłego centrum miasta odgradza je równie wiekowa dzielnica Monserrat). Ten rejon podupadł po epidemii żółtej febry w latach siedemdziesiątych XIX wieku, gdy jego tradycyjni, o zasobnych portfelach mieszkańcy poczęli przenosić się do nowo wybudowanych rezydencji w północnej części miasta. Ich stare, często o interesującej architekturze domy były dzielone na mniejsze kwatery, wynajmowane następnie imigrantom, którzy przybywali wówczas do Argentyny wielką falą. Dla wielu z tych ludzi sen o karierze, dobrobycie w nowym kraju nie ziścił się. Zostali skazani na życie w niekomfortowych, nieremontowanych budynkach w zaniedbanej, mało atrakcyjnej dzielnicy Buenos Aires. Postrzeganie San Telmo zaczęło zmieniać się w latach siedemdziesiątych XX wieku, gdy do świadomości Argentyńczyków z wolna przebijała się myśl, że jest to część ich dziedzictwa narodowego warta ochrony i dalszego kultywowania. Wtedy zainicjowano cotygodniowe, barwne targi staroci w centralnym punkcie San Telmo, jakim jest Plaza Dorrego, wokół powstawały sklepy z antykami, otwierały się galerie sztuki.

Do San Telmo pojedziemy autobusem miejskim, co oznacza konieczność wcześniejszego dokładnego opracowania marszruty. W Buenos Aires komunikacja autobusowa działa znakomicie. Istnieje kilkadziesiąt linii pozwalających dotrzeć do każdego punktu miasta (co ciekawe poszczególne linie są w rękach prywatnych operatorów; każda ma swoje własne barwy). Autobusy jeżdżą często. Nie jest rzadki widok jadących dwóch, a nawet trzech, jeden po drugim. Problemem jest natomiast to, że przystanki oznaczone są jedynie numerem linii, brak jest informacji o trasie przejazdu, a kierowcy zatrzymują się wyłącznie na żądanie (stojąc na przystanku macha się ręką, żeby wysiąść, trzeba wcześniej nacisnąć guzik elektrycznego dzwonka). Nietutejsi muszą więc zawczasu wiedzieć, dokąd jadą, gdzie znajduje się przystanek docelowy, ale też i skąd będą wracać. Na szczęście w dzisiejszym świecie planowanie podróży nie jest trudne. Wystarczy, że mamy dostęp do internetu i możliwość połączenia ze stroną www.mapa.buenosaires.gob.ar, aby otrzymać dostępne opcje przejazdu wraz z czasem trwania.

Do autobusu wsiada się przednimi drzwiami, środkowe i tylne służą do wysiadania. Jest to system funkcjonujący w wielu krajach Europy Zachodniej. Wymaga od pasażerów pewnej dozy samodyscypliny. Nie sądziłem, że Argentyńczycy będą zdolni do podobnego zachowania, a jednak tak. W godzinach szczytu na przystankach ustawiają się nawet i kilkunastometrowej długości wężyki osób stojących jedna za drugą, a potem po przyjeździe autobusu wszyscy po kolei grzecznie wchodzą przez przednie drzwi, nawet jeśli pozostałe są otwarte i nikt przez nie wysiada. Na taką sytuację nie zwróciłby pewnie uwagi Anglik czy Duńczyk, dla Polaka jest to obserwacja ciekawa.

Bezpośrednio za miejscem kierowcy znajduje się archaicznie wyglądająca, samoobsługowa kasa biletowa, z której obecnie mało kto korzysta. Do zakupu biletu trzeba bowiem mieć odliczoną ilość bilonu o odpowiednim nominale, a z tym jest problem, bo wskutek inflacji monet w obiegu jest mało (banknoty zaczynają się od nominału 2 pesos, czyli naszych 50 groszy). Stąd wygodnym rozwiązaniem jest zakup przedpłaconej karty SUBE (Sistema Único de Boleto Electrónico). Mając ją, wchodzimy do autobusu, mówimy kierowcy, dokąd jedziemy, ten wpisuje przy pomocy klawiatury cenę biletu, przykładamy kartę do czytnika i zostaje ona obciążona odpowiednią kwotą (żaden bilet się nie drukuje). Trudnością było dla nas jedynie samo zdobycie SUBE. Z kiosku wysłali mnie na pocztę, z poczty do innego kiosku i tak jeszcze parę innych lokalizacji musiałem odwiedzić, zanim zdołałem kupić karty w punkcie ichniejszego totolotka. Nie wiem, czy ten deficyt plastiku był chwilowy, czy to jeden z przejawów kryzysu, albo złej organizacji.

Pojedynczy przejazd w obrębie dzielnic centralnych o długości kilkunastu przystanków to wydatek 250 pesos, a więc koszt równy 65 polskim groszom. Jeśli szukać produktów i usług o cenach najbardziej różniących się pomiędzy Argentyną i Polską, to jest to na pewno komunikacja miejska w Buenos Aires. Tania jak barszcz.

San Telmo jest jedną z dzielnic południowych, dochodzi więc dodatkowy powód, żeby dobrze przejazd zaplanować – w poradach dla turystów sugeruje się, żeby w tych rejonach nie wałęsać się  poza głównymi szlakami, by nie narazić się na utratę portfela, albo aparatu fotograficznego. Sprawdzam więc na internetowym interaktywnym planie – mamy jechać linią 33 i wysiąść na rogu Carlos Calvo i Paseo Colón, stąd do miejsca targu ledwie 200 metrów. W autobusie jest tylko garstka pasażerów. Podaję kierowcy nazwę docelowego przystanku i mówię, że chcemy się dostać na Plaza Dorrego. Jedziemy znaną nam już z wczorajszego dnia aleją Leandro N. Alem, z prawej strony mijamy Casa Rosada, po lewej widać wieżowce Puerto Madero. Autobus zatrzymuje się tylko na jednym przystanku, pozostałe mija, bo nie ma ani wysiadających, ani wsiadających. Wjeżdżamy w prosto biegnącą aleję Paseo Colón. Stoimy przy drzwiach, myśląc, że kierowca będzie pamiętać o wysadzeniu nas we właściwym miejscu. W pewnym momencie autobus dociera do końca alei, skręca w lewo i zatrzymuje się na przystanku. Już wiem, że coś jest nie tak. Plaza Dorrego? – pytam kierowcę. Pokazuje ręką do tyłu. Tylko cztery kwartały stąd – mówi jakby trochę przepraszająco.

W niedzielne pochmurne przedpołudnie ulica jest opustoszała. Idziemy wzdłuż przylegającego do Paseo Colón parku. Parque Lezama. Sprawia wrażenie zaniedbanego. Szkoda, bo rośnie tu całkiem sporo ciekawych, nieznanych mi gatunków drzew. W narożniku ograniczonym ulicami Defensa i Brasil znajduje się monument upamiętniający Pedra de Mendozę, przywódcę hiszpańskiej ekspedycji, która w 1536 roku jako pierwsza dotarła na prawy brzeg Río de la Plata z zamiarem założenia tu stałej osady. Osadę nazwano Santa María del Buen Aire. Była to tak zwana pierwsza fundacja Buenos Aires, gdyż kolonizatorzy długo w tym miejscu się nie utrzymali. Problemy z aprowizacją i agresja ze strony tubylców sprawiły, że część osadników odpłynęła z powrotem do Hiszpanii, a pozostali wyruszyli w górę rzeki w poszukiwaniu bardziej przyjaznych terenów. W 1541 roku osada przestała istnieć. Dopiero w 1580 zjawili się tu ponownie kolonizatorzy (pod dowództwem Juana de Garay). Nowa osada wraz z portem miała stanowić ostatni odcinek szlaku komunikacyjnego od kopalń srebra w Potosí (obecnie południowa Boliwia) do Atlantyku.

Pomnik de Mendozy otaczają wysokie palmy. Po drugiej stronie ulicy widok jest jeszcze bardziej egzotyczny – spomiędzy starych kamieniczek wystrzeliwują w górę niebieskie cerkiewne banie. To zbudowana na przełomie XIX i XX wieku przez emigrantów z Rosji świątynia prawosławna pod wezwaniem Świętej Trójcy. Wychodząc z parku, przechodzimy przez skrzyżowanie Defensa i Brasil. Nierówną nawierzchnię ulic rozcinają tory. Niegdyś jeździł tędy tramwaj; linia została zamknięta pięćdziesiąt lat temu. W jednym z narożników mieści się Bar Británico, najbardziej znany w całej okolicy. Po przeciwnej stronie interesująco wyglądający El Hipopótamo. Razem tworzą bramę wiodącą do serca dzielnicy.

Nie jestem wielkim fanem antyków, ale wystarczyło wejść do pierwszej z brzegu galerii, aby zachwycić się tym, co można tu kupić, a kupić można wszystko, co służyło i służyć może do wyposażenia i wystroju wnętrz, od śrubki po wielką szafę, ładnie wyeksponowane i w dużym wyborze. Galerie są otwarte na co dzień , kramy na Plaza Dorrego i przyległych uliczkach rozkładają się w niedziele. Każdy wystawca specjalizuje się w jakimś asortymencie, na przykład syfony, płyty winylowe, ołowiane żołnierzyki. W niczym nie przypomina to giełdy staroci pod Halą Targową w Krakowie, gdzie ma się wrażenie, że większość sprzedawców to menele wynoszący z domu ostatnie rzeczy, żeby zarobić na wódkę. Dłuższą chwilę zabawiamy przy stoisku z ręcznie malowanymi tabliczkami informacyjnymi i nawet poważnie myślimy o zakupie jednej – „Es prohibido galopar por las calles del pueblo. Multa $10” („Zabrania się jazdy galopem ulicami miasta. Kara 10 pesos”), ale cena 650 pesos (niemal 60 dolarów – 170 zł) skalkulowana jest najwyraźniej pod kątem zasobnych turystów z USA.

Dobrze, że nie pada, ale jest pochmurno i wietrznie. Stoiska pootulane są przezroczystą folią. Tu i ówdzie między kramami pozostały wolne miejsca. Widać część handlarzy przestraszyła się jednak pogody. Nie ma też zespołów muzycznych i rozmaitych performerów wykorzystujących targi do zaprezentowania swoich umiejętności (i zarobienia przy tym jakiegoś grosza). Jesteśmy pod wrażeniem San Telmo, a jak barwnie musi tu dopiero być, gdy świeci słońce.

 

Czytaj dalej

Copyright © 2014