W Buenos Aires raz jeszcze

13/02/2014

To dziwne uczucie ponownie zobaczyć z oddali wieżowce Buenos Aires. Jeszcze dwa tygodnie temu było to dla nas miasto na wpół legendarne, miejsce mało realne, którego wyobrażenie mogliśmy kształtować sobie jedynie na podstawie przeczytanych informacji i oglądniętych programów telewizyjnych. Dzisiaj, zbliżając się do jego centrum, czuję, jakbym wracał do siebie, do miejsca, które dobrze znam, z którym łączą mnie ścisłe więzy. Ale to nie jest powrót z wakacji do domu, wręcz przeciwnie, powrót do Buenos Aires oznacza, że jutro wyjedziemy stąd na dobre.

Dziś rano pożegnaliśmy Maria i Laurę. Oboje odwieźli nas na dworzec autobusowy. Uściskaliśmy się mocno. Do zobaczenia w Polsce, albo ponownie w Argentynie!

Wpół do trzeciej po południu nasz autobus wjeżdża na Terminal de Ómnibus de Retiro. Zaraz po opuszczeniu pojazdu otrzymuję kilka propozycji skorzystania z taksówki. Twardo odmawiam, bo wcześniej czytałem, że rządzi tu mafia taksówkowa. Lepiej odejść stąd parę ulic. Nasz plan jest taki, że skorzystamy z komunikacji publicznej i autobusem z jedną przesiadką dojedziemy do hotelu. Przed wyjściem Agnieszka chce jeszcze skorzystać z toalety, zostawia więc nas z bagażami na peronie. Czekając na jej powrót, zauważam, że w pobliżu znajduje się kiosk z szyldem „remis”. I tak sobie myślę – jesteśmy już w podróży od paru godzin i lepiej byłoby w miarę szybko dotrzeć do celu, a przejazd komunikacją publiczną z dużymi walizkami do komfortowych nie należy. Przy usłudze remis płaci się ustaloną stawkę, czemu by więc nie zapytać? Do Belgrano 140 pesos – informuje mnie kasjerka. Stawka całkiem przyzwoita. Wracam do bagaży i czekam na Agnieszkę, żeby powiedzieć jej o zmianie planów. Podchodzi do mnie jeden z tych gości, którzy oferowali swoje usługi przewozu po naszym wyjściu z autobusu. Pyta, ile mi powiedzieli w kiosku. Sto czterdzieści. To ja pojadę za sto trzydzieści – mówi. W sumie czemu nie skorzystać z lepszej oferty. Upewniam się tylko, czy na pewno ma miejsce na cztery walizki.

Wraca Agnieszka. Daję znak gościowi, że możemy iść. Ten jednak kieruje mnie najpierw do kiosku, żebym zapłacił za kurs. Ja go wziąłem za niezbyt legalnie działającą konkurencję, a tu wszystko jest należycie zorganizowane i cenę można uzyskać lepszą niż oficjalnie podawana. Zawarte w przewodnikach turystycznych ostrzeżenia przed naciągaczami, jak to często bywa, okazały się mocno przesadzone. W jednym tylko obietnice naszego szofera nie sprawdziły się – auto okazało się być niewielkim oplem meriva. Facet wkładał nasze walizki do bagażnika w różnych konfiguracjach, choć od początku wiadomo było, że bagażnik może pomieścić maksymalnie trzy. W końcu wziął czwartą i położył na kolanach dziewczyn ściśniętych na tylnym siedzeniu. I tak pojechaliśmy.

Najpierw trasa wiedzie dobrze nam znaną arterią wzdłuż zielonych ogrodów Palermo. Potem skręcamy w węższe ulice wysadzane platanami z kamienicami w paryskim stylu. Dalej znowu kwartały z chaotyczną, niespójną wizualnie zabudową. Po pół godzinie docieramy do celu. To Espacia Suites, hotel mieszczący się w wąskim budynku, jak plomba wstawionym w szczelinie między starszymi obiektami. Dostajemy apartament na pierwszym piętrze. Bagaży nie ma co rozpakowywać. Trzeba przygotować szybki posiłek, odpocząć trochę. O 17.30 jesteśmy umówieni z Jorge i Arielem.

Z hotelu wychodzimy trochę wcześniej, żeby rozejrzeć się po okolicy. Mieszkamy przy ulicy Amenabar, dwa kwartały od Avenida Cabildo, jednej z głównych arterii przecinających dzielnicę Belgrano. Na pobliskiej stacji José Hernández moglibyśmy wsiąść w wagon linii metra D i dojechać do centrum metropolii wprost pod Obelisk, ale przecież nie po to zatrzymaliśmy się w tej dzielnicy. Cabildo jest zatłoczona. Jak to w godzinie szczytu, potoki samochodów, a w nich ludzie spiesznie wracający z pracy. Ci niezmotoryzowani maszerują chodnikami, wstępując po drodze na zakupy. Sklep koło sklepu. Ta aleja jest jednocześnie i trasą przelotową, i ulicą handlową. Aż dziwne, że w tej ciżbie spotykamy się z Arielem i to nie w umówionym miejscu. My jeszcze spacerowaliśmy, on dopiero szedł w kierunku wyznaczonego punktu. Już razem idziemy na róg Cabildo i Juramiento, gdzie ma czekać Jorge.

Będąc w komplecie siadamy w kawiarnianym ogródku przy Plaza Manuel Belgrano. Główny temat rozmowy to nasze przygody odkąd rozstaliśmy się w poprzednią niedzielę przy Avenida 9 de Julio. Pampa, La Boca, Tigre, Iguazú, Mar del Plata – wiele się działo w tym czasie. Miło nam, że możemy się z Jorge i Arielem podzielić samymi dobrymi przeżyciami. Taki pozytywny obraz Argentyny zabierzemy ze sobą do domu.

Ariel biegnie na wieczorne zajęcia na uniwersytecie. Żegnamy się też z Jorge, który dla Agnieszki, swojej kuzynki, ma souvenir – naczynie do mate w srebrnej okładzinie z wygrawerowanym jej imieniem w nieco zmodyfikowanej wersji – Agnezka. My mamy jeszcze czas, aby przed zamknięciem sklepów dopełnić zestawy prezentowe dla rodziny w Polsce.

Czytaj dalej

Copyright © 2014