W delcie rzeki Paraná

05/02/2014

Wchodzimy na pokład drewnianej łajby o wrzecionowatym kształcie. Długa na dwadzieścia metrów, szeroka na cztery, zabrać może wielu pasażerów. Pełni rolę tramwaju wodnego (po hiszpańsku: lancha colectiva) kursującego pomiędzy portem w Tigre a wyspami wyciętymi przez rozlewające się wody Río Paraná, zanim te wpłyną do estuarium Río de la Plata. Delta Parany ciągnie się przez dziesiątki kilometrów i obejmuje obszary zupełnie dzikie, gdzie podobno można poczuć się jak w Amazonii. Tereny bliższe Tigre, miejscowości położonej na południowym skraju delty, są bardziej zagospodarowane, stanowiąc atrakcyjne miejsce do wypoczynku. Z Buenos Aires łatwo tu dotrzeć. Nam kwadrans zajęło przejście przez końcowy odcinek calle Florida i Plaza San Martín do dworca kolejowego Retiro Mitre. Stąd mieliśmy bezpośredni pociąg do stacji końcowej w Tigre. Jeśli na coś można by się uskarżać, to tylko na żółwie tempo poruszania się kolei. Trasa liczy ledwie trzydzieści kilometrów, a przejazd zabrał niemal całą godzinę.

Opcji wycieczek po delcie jest wiele. My nie mamy aż tak dużo czasu (powód prozaiczny – musimy wrócić przed zamknięciem pralni, jutro z samego rana opuszczamy Buenos, dobrze by było to zrobić z całością naszej garderoby). Wybieramy więc kurs na stosunkowo nieodległą wyspę Tres Bocas. Siadamy na ławce biegnącej wzdłuż burty. Dach rozciągający się nad pokładem osłania przed słońcem. Odbijamy od brzegu. Po wydostaniu się z kanału portowego skręcamy w prawo, wypływając na szerokie wody kończącej tu bieg Río Luján, a wkrótce potem bierzemy kolejny zakręt (tym razem w lewo) i ruszamy w górę Río Sarmiento, jednego z odgałęzień Río Paraná. Sternik wrzuca wyższy bieg i łajba żwawo skacze do przodu. Ruch na rzece jest całkiem spory. Ilekroć mijamy większą jednostkę płynącą z naprzeciwka, radośnie podskakujemy na wzbudzanych przez nią falach. Woda rozbryzguje się, uderzając o burtę, i zrasza nasze twarze wilgotną bryzą.

 

Po obu stronach rzeki pobudowane parterowe, piętrowe domy letniskowe, obok drewniane pomosty, czasami zagospodarowane kąpieliska. Mijamy też sklep, w którym można zrobić zakupy bez wychodzenia na brzeg, i stację benzynową przeznaczoną do tankowania silników łodzi motorowych. Nasz tramwaj wodny co kilka minut przybija do kolejnej przystani, jedna z nich znajduje się tuż obok Casa Museo Sarmiento, domu-muzeum poświęconego pamięci Dominga Faustina Sarmiento (1811-1888), prezydenta Argentyny w latach 1868-1874. Nie sposób nie zwrócić uwagi na to miejsce, gdyż drewniany domek, stanowiący niegdyś własność cenionego argentyńskiego polityka, stoi jakby wewnątrz wielkiego akwarium. Ta przeszklona struktura ma za pewne odciąć go od wpływu niekorzystnych warunków atmosferycznych.

Wreszcie po pół godzinie sternik ogłasza: Tres Bocas! Łódź przybija do drewnianego pomostu. My wysiadamy, oni płyną dalej w górę rzeki. Mamy teraz jakieś półtorej godziny, aby zdążyć na kurs powrotny. Wąska dróżka prowadzi nas pośród gęstej roślinności. Dochodzimy do niemal zamarłego w bezruchu potoku. Przez to, że woda stoi, jej kolor wydaje się być jeszcze bardziej brunatny niż toń Río Paraná. Wyboru trasy spaceru w zasadzie nie ma. Można iść kilkaset metrów wzdłuż brzegu potoku, a potem wrócić drugim. Ścieżka biegnie od jednego domu letniskowego do kolejnego. Niektóre wyglądają jak okazałe wille, inne wydają się skromne i zapuszczone. Działki są różnej wielkości, w zależności od tego, ile pola udało się wyrwać od otaczającej przyrody. W paru przypadkach to natura postanowiła odebrać swoje, otaczając gąszczem postawione wcześniej domostwa. Letników wielu nie spotkaliśmy. Być może w weekendy jest tu bardziej gwarno.

Do pogody mamy dziś szczęście – wreszcie nastał prawdziwie letni dzień. Tutaj w głębi wyspy nie rusza się ani jeden listek, a ciepłe wilgotne powietrze oblepia nasze ciała. Chce się pić. Wracamy do przystani. Tuż obok znajduje się restauracja z tarasem nad rzeką. Od razu zamawiamy napoje. Ja oczywiście wybieram piwo. Najpopularniejsza marka w Argentynie to Quilmes, niczym specjalnie nie wyróżniający się lager. Obecnie należy do największego koncernu piwowarskiego na świecie Anheuser-Busch InBev z centralą w belgijskim Leuven (i to tłumaczy, dlaczego niemal w każdym sklepie można też kupić Stellę Artois, stanowiącą flagową markę koncernu). Mamy ochotę na parillę, pamiętając ciągle wyborny smak asado w El Ombú. Jest w karcie, ale nie w bieżącej ofercie. Zamawiamy więc mięso przyrządzone po naszemu, z patelni, z frytkami i sałatą. Niestety to nie to samo.

Obok przy stoliku siedzi młoda Francuzka. Podróżuje samotnie. Była w południowej Patagonii, głównie po to, żeby dotrzeć do lodowca Perito Moreno, jednego z niewielu, który ciągle rośnie. Teoretycznie i tam jest teraz lato, ale wiał tak silny i zimny wiatr, że trzeba było iść skulonym, opatulonym w kurtkę. Widok lodowych, niebieskich skał spiętrzonych na sześćdziesiąt metrów ponad taflą jeziora niezapomniany, a wrażenia wzmacnia dodatkowo odgłos odrywających się bloków lodu, wpadających z hukiem do wody. Ostatnie dwa dni w Argentynie przeznaczyła na Buenos Aires, ale w sumie wolała przyjechać tu do delty Río Paraná niż zwiedzać miasto. Jutro leci już z powrotem do Paryża. Każdy ma własny plan na zwiedzanie tego wielkiego kraju.

Czytaj dalej

Copyright © 2014