W drogę!

29/01/2014

W ostatnich dniach śnieżyło, rano nad Krakowem wiszą już tylko stalowe chmury. Kwadrans przed dziesiątą opuszczamy nasz rodzinny dom.

Prognoza pogody przewidywała możliwość opadów śniegu w centralnej Polsce, ale podróż mija spokojnie. Z przerwą na obiad docieramy do Warszawy po niecałych pięciu godzinach. Do odlotu mamy jeszcze cztery. Teraz wiem, że nie było potrzeby wyjeżdżać z tak dużym zapasem czasowym, ale lepiej nudzić się na lotnisku niż jechać, nerwowo spoglądając co chwilę na zegarek.

W Warszawie jest minus osiem stopni. Wieje lodowaty, porywisty wiatr. W samochodzie zdejmujemy zimową odzież i czym prędzej przebiegamy do poczekalni przylotniskowego parkingu. Chwilę grzejemy się przy piecyku i zaraz bus zabiera nas wprost pod wejście do hali odlotów Okęcia.

Samoloty lądują i startują, zima nie przeszkadza w normalnym funkcjonowaniu lotniska. Z półgodzinnym opóźnieniem starujemy też i my. Samolot Air France zabiera nas do Paryża.

* * *

Futurystyczna bryła i wnętrza lotniska Charles de Gaulle. Przejście z terminalu 2F na 2E to jak wędrówka po stacji kosmicznej, a my nie wyruszamy w podróż do gwiazd lecz przez Atlantyk.

Jest dwudziesta druga. Pora, w której normalnie można już zacząć myśleć o spoczynku. A teraz od dziesięciu godzin jesteśmy w drodze i znużenie daje o sobie znać. Trzeba jednak zapomnieć o ciepłym i wygodnym łóżku, niedługo ustawiać będziemy się w kolejce do boardingu, a potem jeszcze bagatela czternaście godzin lotu do Buenos.

* * *

30/01/2014

Dzięki kamerze umieszczonej na podbrzuszu naszego boeinga na monitorach można śledzić podejście samolotu do lądowania. Przelatujemy nad Río de la Plata, widać już regularną szachownicę wykreśloną przez ulice Buenos Aires, ale zaraz ten obraz zakrywa kołdra skłębionych szarych chmur. Pilot wstrzymuje obniżanie maszyny. Przez kilka minut krążymy gdzieś w przestworzach. W końcu niepewność przerywa niemile brzmiący komunikat: warunki pogodowe nie pozwalają na lądowanie, lecimy teraz do Montevideo, żeby wysadzić pasażerów, którzy zgodnie z rozkładem mieli wysiadać w drugiej kolejności, a potem, tego już w komunikacie nie było, się zobaczy.

Samolotem z Buenos Aires do Montevideo jest blisko jak rzut kamieniem, więc lądujemy w stolicy Urugwaju po piętnastu minutach. Dla części szczęśliwych podróżnych lot kończy się tu przed czasem, dla większości, wśród której i my jesteśmy, zaczyna się męczące oczekiwanie. Po tylu godzinach w samolocie, braku możliwości normalnego ruchu, niedospaniu, myśli się tylko o opuszczeniu tej stalowej puszki, a tu trzeba beznadziejnie siedzieć, nie wiedząc, ile to potrwa.

Po niemal dwóch godzinach z kokpitu docierają wreszcie dobre wieści. Lotnisko w Buenos jest już otwarte. Czekamy jeszcze kilkanaście minut na dokumenty od władz urugwajskiego portu, puszczają nam ponownie film ilustrujący zasady bezpieczeństwa na pokładzie i w końcu odrywamy się od pasa startowego.

Czytaj dalej

Copyright © 2014