W krainie gauczów

03/02/2014

Pampa to była niegdyś wielka zielona pustynia, zajmująca tereny dzisiejszej północno-wschodniej Argentyny, Urugwaju i brazylijskiego stanu Río Grande del Sur, teren płaski, miejscami lekko pofalowany, porośnięty wysoką trawą i krzakami, bez drzew, z rzadka tylko zamieszkany przez miejscowe plemiona tubylcze. Dla pierwszych kolonizatorów te bezkresne terytoria wydawały się mało przyjazne i nie warte zainteresowania. Dla nich najważniejsze było osadnictwo wzdłuż rzeki Paraná i zapewnienie komunikacji z kopalniami srebra w Potosí. Pampa stała się za to rajem dla zdziczałego bydła i koni. Porzucone lub zbiegłe tu znalazły doskonałe warunki do życia i rozmnażania się. Pokarmu było w bród, zagrożenia ze strony drapieżników i tubylców w zasadzie żadnego. Już wkrótce żyły na wolności całe stada pochodzących z Europy zwierząt. W ślad za nimi pojawili się przybysze, którzy nie chcieli funkcjonować w ramach kolonialnego społeczeństwa zgodnie z regułami narzuconymi przez królewskich urzędników. Tak narodziła się społeczność gauczów, wolnych ludzi, zajmujących się wypasem bydła na ziemi niczyjej, wspaniałych jeźdźców, w siodle spędzających większą część swego życia.

Można powiedzieć, że odpowiednikiem gaucza w Ameryce Północnej był kowboj. Obaj jeździli konno, a ich pierwszą powinnością była troska o bydło. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Gauczowie nie posługiwali się bronią palną, za szerokim pasem nosili dwa noże, które służyły im przede wszystkim w pracy, a rzadziej do obrony – z przodu mniejszy verijero, z tyłu duży facón o długości do 60 centymetrów. Kowboj to był typ zdobywcy, w walce z innymi powiększał swoją przestrzeń życiową (przynajmniej tak funkcjonuje we współczesnej kulturze). Gauczo przeciwnie, choć krnąbrny, był osobnikiem melancholijnym, wiodącym samotne życie na rozległych przestrzeniach.

Z biegiem lat elita kolonialna coraz bardziej zaczęła dostrzegać dobrodziejstwa pampy oraz możliwość czerpania dużych zysków z upraw i hodowli rogacizny. Powstawały wielkie gospodarstwa zwane tu estancia. Obszar wolności gauczów robił się z każdym rokiem mniejszy. Często z przyczyn ekonomicznych musieli najmować się do pracy u dużych posiadaczy ziemskich. Stawali się zwykłymi robotnikami rolnymi. Dziś oczywiście prawdziwych gauczów już nie ma, ale ich tradycję kultywuje się pieczołowicie w takich miejscach jak San Antonio de Areco.

 

Guillermo czeka na nas na centralnym placu miasteczka. Przez najbliższe godziny ma być naszym przewodnikiem. Jest stąd i od razu czuje się, że kocha to miejsce i chce zarazić nas tym samym uczuciem. Historia San Antonio de Areco sięga 1730 roku, jest więc jak na Argentynę dość długa. Przez te lata nie wydarzyło się tu jednak nic szczególnie istotnego, nic co wykroczyłoby znaczeniem poza lokalną społeczność. I w tym prowincjonalizmie właśnie tkwi urok tego miejsca. Układ urbanistyczny jest prosty – centrum wyznacza plac, z jednej jego strony znajduje się urząd miejski, z drugiej kościół parafialny, ulice odchodzą prostopadle, domy są ubogie w formie, pudełkowate (murowane, nie drewniane jak na Dzikim Zachodzie, gdyż drewno było tu drogie z uwagi na brak lasów). Guillermo prowadzi nas kolejno przez dwa bary zwane pulperías, tradycyjne miejsca spotkań gauczów pracujących na okolicznych farmach (a i dziś, jak opowiada Guillermo, w sobotnie wieczory stoliki zsuwane są pod ścianę i wszyscy idą w tany). Potem odwiedzamy sklepik z miejscowymi wyrobami – kupujemy plastry grubej kiełbasy i sera na skosztowanie (potem żałowaliśmy, że tak mało). Na koniec trafiamy do pracowni złotniczej, gdzie ze srebra wyrabiane są tradycyjne, finezyjnie zdobione noże gauczów. Kiedy wychodzimy, naprzeciw czeka José María ze swoim vanem. Jedziemy do estancii, a ja myślałem, że na pamiątkę kupię sobie jakiś element stroju gauczów. San Antonio de Areco to jednak miejsce tak autentyczne, że nie otwarli tu jeszcze sklepu dla turystów (a przynajmniej my takiego nie napotkaliśmy).

Czytaj dalej

Copyright © 2014