Wodospady (strona argentyńska)

08/02/2014

Dzień zaczynamy wcześniej, bo na wizytę nad wodospadami po stronie argentyńskiej trzeba zarezerwować sobie więcej czasu. Z Claudiem mamy spotkać się już o ósmej. Taksówka faktycznie czeka, ale kierowca inny. Nie szkodzi, człowiek jest równie sympatyczny i chętny do pomocy. Przejazd pod bramę parku narodowego zabiera dwadzieścia minut. Przed rozstaniem sprawdzamy łączność. Tym razem bez problemu mogę dodzwonić się na komórkę taksówkarza. Umawiamy się więc na telefon – zadzwonimy pół godziny przed końcem zwiedzania.

Cennik wstępu do Parque Nacional Iguazú zawiera szereg pozycji. Podstawowa cena obowiązuje wszystkich z wyjątkiem obywateli państw Mercosur (Brazylia, Paragwaj, Urugwaj, Wenezuela), którzy płacą mniej. Jeszcze niższa stawka jest dla obywateli Argentyny. Tu znowu jest wyjątek, bo od  mieszkańców stanu Misiones (w którym znajduje się Iguazú) pobierana jest obniżona opłata. Kolejna zniżka dotyczy emerytów argentyńskich, a naprawdę symboliczna kwota należna jest od emerytów stanu Misiones. Śmiejemy się, że najlepiej tu być emerytowanym misjonarzem. My płacimy 625 pesos (53 dolary, albo 165 złotych). Wychodzi dużo taniej niż po stronie brazylijskiej. Raz, to efekt wymiany dolarów po kursie blue market, dwa, objęcia Kamili zniżką dla dzieci (w Argentynie do dwunastu lat).

Wsiadamy do wagoniku kolejki wąskotorowej, dowożącej turystów w pobliże rzeki. Na trasie są dwa przystanki. Pośredni stanowi punkt wyjścia dla ścieżek spacerowych prowadzących do dolnej części kaskad; stacja końcowa umożliwia dotarcie do Garganta del Diablo. Część ludzi jedzie tam prosto, my wysiadamy wcześniej – lepiej stopniować emocje.

Brzeg po stronie brazylijskiej wyznaczała niemal prosta krawędź. Po stronie argentyńskiej linia brzegowa jest nieregularna, gdyż w miejscu tym rzeka dokonuje gwałtownego zwrotu w prawo, a szeroko rozlane wody nie mieszczą się w wąskim korycie i siłą bezwładu wlewają się na niżej położone zalesione tereny, przedzierając się przez dżunglę dziesiątkami siklaw. I wśród nich poprowadzone są szlaki spacerowe. Idzie się po pomostach, wzdłuż wykarczowanej zielonej gęstwiny, w dół i w górę, do podnóża kaskady i ponad jej urwisko. Po wczorajszym dniu widoki nie oszałamiają, ale wędrówka daje poczucie bliskiego kontaktu z naturą.

Po lunchu i krótkim odpoczynku wsiadamy do kolejki i jedziemy do końcowej stacji. Lądujemy w miejscu położonym ponad krawędzią wodospadów. Stąd pomosty prowadzą od jednej wysepki do drugiej w głąb rzeki. Dziś jest sobota. Pojawiło się sporo weekendowych turystów. Mijamy dużo rodzin z małymi dziećmi. Przy temperaturze dochodzącej do 40oC w cieniu (a tu idzie się niemal cały czas w słońcu) z takimi malcami lepiej by było zostać w domu. Dla Argentyńczyków to jednak najwyraźniej nie jest problem. Niemal wszyscy taszczą termosy z mate. Dla nich to lepszy napój orzeźwiający niż coca-cola. Po kwadransie marszu słychać wzrastający huk. Jeszcze chwila i stajemy nad samą krawędzią Garganta del Diablo, centralnego punktu wodospadów Iguazú. Do skalnego kotła, wysokiego na osiemdziesiąt metrów, z trzech stron wpadają spienione masy wody. Siła uderzenia jest tak duża, że mglisty tuman tworzony przez tysiące kropel wzbija się raz po raz ponad wodospadami. Poruszana bryzą wilgotna chmura osiada na twarzach, przynosząc ulgę nagrzanej skórze. W uszach dudni, wzrok nie może oderwać się od zachwycającego spektaklu, w którym siły natury grają apokaliptyczną rolę. Te sceny na długo (na zawsze) pozostaną w naszej pamięci.

Kończymy siedmiogodzinną wędrówkę. Aż dziwne, że w tym upale wytrzymaliśmy bez problemu do końca. Teraz czuję już jednak obezwładniające zmęczenie. Oczy pieką, podrażnione spływającym z czoła potem. Nagrzana głowa przestaje normalnie myśleć.      Chciałbym zanurzyć się jak najszybciej w hotelowym basenie. Przy dolnej stacji kolejki dzwonię do taksówkarza, ale nie dostaję połączenia. Ponawiane próby nie przynoszą rezultatu. Może w ciągu tych paru godzin automatycznie zmienił się operator sieci komórkowej; nie pamiętam jednak, jak nazywał się ten pierwotny. Próbuję namówić pracowników parku, żeby zadzwonili po taksówkę ze służbowego aparatu, ale odsyłają mnie do publicznego telefonu. Niestety została po nim tylko tabliczka. Daję za wygraną. Kupujemy bilety na rejsowy autobus. Trafiamy akurat w godzinę odjazdu, więc nie musimy nawet czekać. Po dwudziestu minutach wysiadamy na przedmieściach Puerto Iguazú. Stąd jeszcze pięćset metrów w pełnym słońcu. I docieramy do naszej ostoi. Na recepcji zostawiam należność za poranny kurs z przeprosinami dla taksówkarza za brak kontaktu. Taksówka kosztowała 140 pesos (37 zł). Tyle samo zapłaciłem za autobus. Warto więc korzystać z usługi door-to-door, ale trzeba mieć działający telefon.

***

Pod wieczór robię przegląd naszych rachunków. Za hotel zapłaciłem gotówką. Za noc wyszło 1.180 pesos (100 dolarów, 310 zł). Jutro potrzebujemy na taksówkę na lotnisko, potem na transport z lotniska w Buenos Aires do dworca autobusowego i na kurs z Buenos do Mar del Plata. I na jakieś drobne wydatki po drodze. Zawsze trzeba też mieć jakieś pieniądze w rezerwie. Wychodzi więc na to, że powinienem zmienić na pesos 100 dolarów.

Idę zatem do centrum miasta. Gdy byliśmy tam pierwszego dnia, przy jednej z agencji wynajmu samochodów słyszałem znane mi z ulicy Florida hasło „Cambio, cambio” (tu może nieco dyskretniej wypowiadane). Sądziłem, że w miejscowości, przez którą przewijają się setki turystów, z wymianą waluty nie będzie żadnego problemu. Na całej jednak drodze od naszego hotelu do centrum nie spotykam ani jednego punktu, w którym można by przeprowadzić transakcję blue market. Na szczęście tamta agencja remis jest otwarta; miło mi znów usłyszeć znajomy refren. Mówię, że mam setkę dolarów. Gość oferuje mi 1.050 pesos. Robię wielkie oczy – 10,5 pesos za dolara? Wiem z telewizji, że kurs nieco spadł, ale w Buenos Aires płacili mi przecież 12,1 pesos. Jeżeli tyle płacili, to jedź pan do Buenos Aires – z szyderczym uśmiechem mówi gość. Targuję się chwilę z nadzieją na poprawienie oferty, ale facet jest nieugięty. Na pewno wie, że nie ma tu konkurencji i nie musi podbijać stawki. Inkasuję te 1.050 pesos, podajemy sobie ręce i życzymy dobrej nocy.

Jest już zupełnie ciemno. Wracam niemal pustą ulicą. To mi nie przeszkadza. Czuję się, jakbym szedł do domu.

Czytaj dalej

Copyright © 2014