Belgiё / Belgique

W niedługim czasie po upadku Żelaznej Kurtyny zapragnąłem zażyć nowego życia. Udało mi się zdobyć brytyjską wizę i w kwietniu 1990 roku wyjechałem do Londynu (spędziłem tam osiem miesięcy, najpierw pracując w restauracji i zarabiając pieniądze, potem uczęszczając na kurs handlu zagranicznego i wydając niemal całą zgromadzoną gotówkę). Z Krakowa kursowała wtedy jedna linia autobusowa (samolot w ogóle nie wchodził w grę – bilet kosztował majątek). Przejazd odbywał się tylko raz w miesiącu, a dodatkową niedogodnością była przesiadka w Brukseli. Wyjechaliśmy późnym popołudniem. W Polsce i we wschodnich Niemczech praktycznie nie było żadnych autostrad. Droga dłużyła się okropnie. W autobusie spędziłem całą noc i cały kolejny dzień. Do stolicy Belgii dotarliśmy po zmroku. Kierowca wysadził nas na ulicy pod zamkniętym o tej porze przedstawicielstwem „Orbisu” (wówczas główne państwowe biuro podróży, dziś już nieistniejące). Wymęczeni długotrwałą jazdą czekaliśmy dobrą chwilę, zanim podstawił się autobus lokalnego przewoźnika. Nowy kierowca wraz ze swoim zmiennikiem podniesionym głosem, niemal krzykiem, bez nawet dozy szacunku zaczęli organizować naszą grupę. Osoby legitymujące się brytyjskim paszportem mogły zająć miejsce na dolnym pokładzie, wszystkim Polaczkom kazali iść na górny. Autobus nie był wyposażony w odpowiedniej wielkości luki bagażowe, walizki i torby zrzucili więc na korytarzu, blokując dostęp do toalety. Było to moje pierwsze bezpośrednie, mało sympatyczne zetknięcie z krajem, którego narodowej drużynie piłkarskiej niegdyś kibicowałem.

Najbardziej zaskoczył mnie język, którym posługiwali się kierowcy. Był ostry, charczący, przypominał mi ujadanie psa. Co to za ludzie? – zastanawiałem się. Wtedy było dla mnie oczywiste, że w Belgii mówi się po francusku, to więc nie mogli być Belgowie. Dopiero później, kiedy zachodni świat stawał się dla mnie realnym bytem, a nie wydumanym tworem z kart książek, zrozumiałem, że w tym kraju żyją nie tylko krewniacy Herkulesa Poirot, a relacje między społecznościami frankofońską i flamandzką są skomplikowane. Przedstawiciele tej pierwszej narzekają na arogancję Flamandów. Z kolei mieszkańcy Flandrii utyskują na lenistwo Walonów i dotacje płynące do słabiej rozwiniętej południowej prowincji. Coraz głośniejsze stają się głosy kwestionujące potrzebę wspólnego państwa. A przecież  istnienie Belgii w dzisiejszym kształcie nie jest dziełem przypadku, lecz logiczną konsekwencją kilkusetletniej historii tych ziem.

Czytaj dalej

Copyright © 2014