We Flandrii średniowiecznej

Z Brukseli do Brugii (po flamandzku Brugge, miasto leży we Flandrii, więc nazwa w wersji francuskiej – Bruges – jest obcojęzyczna i nie powinna być używana) jedzie się godzinę pociągiem. Niby nie daleko, lecz w czasie tej krótkiej podróży pogoda zmieniła się istotnie. Gdy wyjeżdżaliśmy było trochę chmur, ale słońce świeciło i zapowiadał się ładny dzień. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce wszystko spowijała mgła, a temperatura była dużo niższa. Z dworca kolejowego do centrum Brugii ciągnął sznur turystów. Owszem była sobota, jednak nie takich tłumów się spodziewałem.

 

Dziś trudno w to uwierzyć, ale Brugia, niewielkie, prowincjonalne miasto, stanowiła niegdyś główny europejski ośrodek handlu i finansów na północ od Alp. Wszystko zaczęło się na przełomie XII i XIII wieku od sukna, a potem wełny. Dzięki swojemu dogodnemu położeniu na osi wschód-zachód w przodującym pod względem rozwoju regionie Europy, dzięki dostępowi poprzez układ żeglownych kanałów do morza, Brugia stała się atrakcyjnym miejscem do prowadzenia interesów dla kupców francuskich, angielskich, z miast hanzeatyckich, Genui i Wenecji. Konsekwencją rosnącej skali obrotów handlowych był rozwój technik finansowych. Mieszczanie przekształcali się w bankierów. Prosperita gospodarcza miasta umożliwiła powstanie wielu budynków publicznych ze stojąca przy głównym placu imponująca, wysoką na 83 metry dzwonnicą. XV wiek stanowił złotą erę w dziejach Brugii. Tu najczęściej gościł dwór książąt Burgundii, nowych władców Flandrii, a miasto stało się ośrodkiem życia nie tylko gospodarczego, ale i artystycznego. Tu narodziła się szkoła prymitywów flamandzkich, tu tworzyli Jan van Eyck, Petrus Christus, Hans Memling czy Gerard David. Wiek XVI przyniósł stagnację. Po części spowodowane to było zamuleniem się kanałów łączących Brugię z morzem i konkurencją ze strony korzystniej położonej Antwerpii, ale wynikało też z generalnej zmiany szlaków handlowych w następstwie wielkich odkryć geograficznych. Władza polityczna przeniosła się do Brukseli. Brugia zastygła w swoim średniowiecznym kształcie. Miasto ożyło na nowo w XIX wieku, kiedy jego uroki odkryli bogaci angielscy arystokraci. Dzięki zachowaniu historycznego założenia, odrestaurowanym starym budynkom, malowniczym kanałom, Brugia stała się wielką turystyczną atrakcją. Nie jest przy tym miejscem martwym. W dalszym ciągu w obrębie starego miasta mieszka około 20 tysięcy osób.

Pech, że z powodu mglistej aury nie mogliśmy zobaczyć Brugii w pełnej krasie. Za to w trakcie naszej przechadzki odwiedziliśmy dwa miejsca związane z produktami stanowiącymi belgijską specjalność, czekoladą i piwem. Muzeum czekolady „Choco-Story” mieści się w wąskiej trzypiętrowej kamienicy trzy minuty od głównego placu. Wędrując z piętra na piętro, można prześledzić karierę ziarna kakaowca od napoju azteckich bogów do wykwintnych pralinek, a niewątpliwym gwoździem programu jest ostatni punkt, czyli pokaz wyrabiania czekoladek z masą orzechową. Pokaz był interesujący, a że kończył się poczęstunkiem, zaliczyliśmy go z Kamilą dwa razy. Smak tej prostej w kompozycji praliny był po prostu wyborny. I z takich właśnie czekoladek Belgia słynie. Tu kultywuje się tradycyjne metody ich produkcji i zwraca baczną uwagę na jakość używanych składników. Sama pralina, nadziewana czekoladka, w Belgii się zresztą narodziła. Za jej twórcę (rok 1912) uchodzi Jean Neuhaus. Trzy lata później żona tegoż Jeana Neuhausa zaprojektowała kartonowe pudełko, zwane z francuska ballotin, stanowiące eleganckie opakowanie czekoladek. I dziś, jak dawniej, można wstąpić do jednego z butików Neuhaus, Leonidas, Godiva, żeby wymienić tylko te najbardziej znane marki, gdzie ułożone są małe stosiki najprzeróżniejszych ręcznie formowanych pralin, a ekspedientka zapakuje nam do ballotinu te, które sobie wybierzemy. Nas skusił Neuhaus. Kupiliśmy sześć czekoladek, po jednej dla każdego. Zapłaciliśmy 7 euro. Jakość kosztuje i to nie mało.

Belgia to także kraj piwa, ale nie z powodu jego wielkiej konsumpcji. Pod względem spożycia z 74 litrami rocznie na osobę kraj ten plasuje się na 18 miejscu w świecie, daleko za Polską (5 miejsce, 98,5 litra per capita), nie mówiąc już o prowadzących w tym zestawieniu Czechach (148,6 litra; wszystkie dane z 2012 roku). Unikalna pozycja Belgii bierze się z mnogości gatunków, marek i działających browarów. Oczywiście można tu kupić popularny na całym świecie lager, taki jak produkowana w Leuven Stella Artois (marka należąca do największego globalnego koncernu piwowarskiego Anheuser-Busch InBev, który w tym nieodległym od Brukseli mieście uniwersyteckim ma też swoją główną siedzibę), lecz prawdziwy koneser może wybierać wśród wielu lokalnych gatunków, takich jak sławne piwa klasztorne z cieszącą się największą estymą marką Chimay, inne piwa górnej fermentacji – blond (np. Duval), amber (np. Palm), bruin (brązowe) czy witbier (białe piwo, np. Hoegaarden). Niezwykły smak ma lambic, piwo powstałe w wyniku spontanicznej fermentacji, i jego owocowa odmiana, kriek. Piwa te sprzedawane są najczęściej w małych butelkach o pojemności 250 lub 330 ml. Za to cena wcale mała nie jest – dwa, trzy euro sztuka.

Niegdyś w Belgii piwa piło się znacznie więcej, stąd duża liczba browarów. Ile ich jest dzisiaj, nikt nie wie dokładnie, ale na pewno ponad setka. W Brugii trafiliśmy do jednego z nich, De Halve Maan, stanowiącego od 1856 roku własność rodziny Maes. Właściwie nie jest to browar funkcjonujący w swojej historycznej lokalizacji. Niemal cały proces warzenia odbywa się obecnie w nowoczesnym zakładzie na przedmieściach miasta. W kilkupoziomowej oficynie w starej Brugii pozostały jednak wszystkie tradycyjne urządzenia i można tu poczuć klimat wiekowego zakładu. Z uwagi na takie, a nie inne warunki lokalowe cały proces produkcyjny zorganizowany był w układzie pionowym, a nie poziomym. Podczas zwiedzania wspina się wąskimi schodami wyżej i wyżej, docierając aż na dach, z którego roztacza się malowniczy widok na miasto. Główny produkt De Halve Maan to piwo blond Brugse Zot. Nazwa – głupek z Brugii – stanowi nawiązanie do historii z czasów Maksymiliana Habsburga, który pozostawał w konflikcie ze swoimi poddanymi. Ponoć kiedy poproszono go o zgodę na budowę szpitala dla chorych umysłowo, miał odpowiedzieć, że wystarczy zamknąć wszystkie bramy, gdyż Brugia pełna jest głupków. Naszą wizytę zakończyliśmy degustacją. Jak przystało na piwo górnej fermentacji „Głupek z Brugii” miał głęboki, aromatyczny smak. Belgijski smak.

Czytaj dalej

Copyright © 2014