Buenos días! czy Bom dia!

Isla Cristina, 24/06/2012 – 08/07/2012

Bom dia! – powiedziałem machinalnie, przechodząc drugiego dnia rano koło hotelowej recepcji. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że to pozdrowienie po portugalsku, a nie hiszpańsku. Skąd mi się to wzięło? Może mój umysł zakodował, że lot był na lotnisko w portugalskim Faro, a może układ wybrzeża z szerokimi, ciągnącymi się kilometrami plażami aż nazbyt przypominał mi okolice Espinho, gdzie byłem dziesiątki razy. A przecież znajdowałem się w Hiszpanii i to takiej najprawdziwszej, gdzie usłyszenie obcego języka po opuszczeniu hotelu nie było powszednią sprawą.

Costa de la Luz, najbardziej na południowy-zachód wysunięte wybrzeże Hiszpanii. Spływające z niewysokich pagórkowatych gór wody rzek Guadiana, Piedras, Odiel i Río Tinto przecinają nadmorski ląd i rozlewają się na płachtach płaskiego terytorium. Mieszając się z wodami oceanu, tworzą rozgałęzioną sieć kanałów, zatok i lagun. Na tych porwanych obszarach przycupnęły rybackie wioski, a w deltach rzek powstały salinas – przetwórnie soli morskiej. Z czasem i tutaj dotarł przemysł turystyczny, ale nie ma on aż tak komercyjnego charakteru jak na Costa del Sol czy Costa Brava. Po pierwsze, wszystkie te miejscowości są w naturalny sposób izolowane, gdyż brak jest drogi, która biegłaby bezpośrednio wzdłuż wybrzeża (przewożący nas autobus jechał z Isla Canela do naszej Isla Cristina ponad 20 kilometrów, choć w linii prostej to zaledwie pięć). Po drugie, rozlewiska rzek powodują, że ilość dobrego terenu pod zabudowę jest ograniczona. Po trzecie, jest to stosunkowo niewielki obszar, położony na peryferiach Hiszpanii, a od wschodu zamknięty na dodatek chronioną przestrzenią Parku Narodowego Doñana. Po czwarte wreszcie, Costa de la Luz styka się od zachodu z portugalskim Algarve, regionem mocno wypromowanym wśród turystów z Wielkiej Brytanii, Niemiec czy krajów skandynawskich.

Spędziliśmy więc te wakacje nieco na sposób hiszpański, dostosowując się do lokalnego rytmu dnia i zwyczajów (oczywiście na tyle, na ile jest to możliwe dla obcokrajowców zakwaterowanych w międzynarodowym hotelu). Ta zmiana nastąpiła zresztą naturalnie, bo jeśli zmrok zapada dopiero po dziesiątej wieczorem, to trudno wcześnie kłaść się do łóżka. To najlepsza pora, żeby wyjść do centrum miasteczka, gdzie dzieci biegają po głównym placu, wszczynając wielki rwetes, a starsi gawędzą w restauracyjnych ogródkach. Skoro spać się idzie później, to i ranek nie jest zbyt wczesny, szczególnie że nie trzeba zaprzątać sobie głowy koniecznością rezerwacji leżaków przy basenie, co zawsze było zmorą większości naszych wakacyjnych destynacji. Jako że w naszym hotelu 90% gości stanowili Hiszpanie, ludzie schodzili się na basen z wolna i przestrzeń ta wypełniała się dopiero około południa. Kolację serwowano od ósmej, a i tak ciężko było zdążyć nawet na tę godzinę, bo nie chce się schodzić z plaży, gdy słońce dalej jest wysoko na nieboskłonie.

Nasz hotel był jedynym większym w tej części Isla Cristina. W otoczeniu znajdowały się bardziej starsze niż nowsze apartamentowce, takie niewielkie, dwu, trzy, najwyżej czteropiętrowe budynki, gdzie każdy zdążył już zagospodarować po swojemu balkon czy taras, dzięki czemu całość nie wyglądała jak betonowa wioska. Właścicielami apartamentów są tu Hiszpanie, dla nich działały sklepiki i bary tapas z menu wypisanym po hiszpańsku – żadnego tam English breakfast. Starą część miasteczka, żyjącą z ryb i soli, tworzyło kilka prostopadłych ulic z kwartałami zabudowanymi skromnymi domkami – wejście pośrodku bezpośrednio do pokoju, jedno okno po lewej, drugie po prawej, jedna najczęściej kondygnacja wyżej, a nad nią płaski taras. Widać, że żyło się tutaj zawsze skromnie, a i teraz pewnie pieniędzy było mało. Czas biegł tu swoim utartym rytmem bez jasnego związku z wakacyjnym sezonem. Niestety walające się śmieci i przykre zapachy skutecznie odstręczały od wizyt w tej części Isla Cristina. Nieco dalej przy grobli łączącej miasteczko z lądem stałym znajdował się port rybacki, z którego każdego ranka wypływała flotylla niewielkich kutrów.

Hotel stał w pierwszej linii zabudowy, ale faktycznie oddalony był od morza o dobre pięćset metrów. Najpierw trzeba było przejść przez porośnięte krzewami, lekko pofalowane wydmy, aby następnie przeprawić się drewnianym mostem nad rozlewiskiem oddzielającym nas od właściwego wybrzeża. Rozlewisko to połączone było z oceanem i w okresie odpływu jego powierzchnia kurczyła się, odsłaniając muliste dno podziurawione czarnymi otworami. Było to siedlisko ogromnej kolonii krabów, które przy pierwszych oznakach niebezpieczeństwa z zaskakującą szybkością niknęły w błotnistych zagłębieniach. A niebezpieczeństwo było realne, bo odpływ był sygnałem dla poławiaczy skorupiaków do rozpoczęcia łowów. Z wysokości mostu można było obserwować mężczyzn uzbrojonych w sieci, kije i plecione klatki, brodzących po kolana w wodzie, szukających zdobyczy.

Most prowadził bezpośrednio na plażę, długą i szeroką wstęgę piasku. Z prawej strony plaża kończyła się wkrótce ujściem rzeki, którą wypływały w morze rybackie kutry. Robiąc poranny jogging, lepiej więc było skręcić w lewą stronę. Biegłem wtedy szybkim truchtem przez 20 minut i nigdy nie udało mi się dotrzeć nawet do połowy odległości dzielącej mnie od najbliższego zakrętu. Przy takiej przestrzeni i stosunkowo niewielkiej ilości plażowiczów było tu stosunkowo pusto bez względu na porę dnia i dzień tygodnia. A robiło się jeszcze bardziej pusto, kiedy wiał mocny wiatr, czyli dość często. Plażowy parasol trzeba było wtedy ustawić jak tarczę, ale i tak ciężko było się schronić przed kłującymi drobinami piasku.

Morze (właściwie Atlantyk, ale jakoś ciężko przychodziło nam w tym miejscu myślenie w kategorii bezkresnych oceanicznych wód) było jednolicie granatowe, a przez to dość nudne. Odsłaniało swe tajemnice w trakcie odpływu, pozostawiając na piasku dziesiątki wielobarwnych muszli, wachlarzowatych, wrzecionowatych, karbowanych i niemal płaskich, małych i większych od dłoni. Na początku zbieraliśmy wszystkie, które nam się podobały; potem trzeba było wprowadzić ostrą selekcję, inaczej w drodze powrotnej mielibyśmy spory nadbagaż.

W atmosferze hiszpańskiego letniska naturalna stała się chęć spróbowania sił w miejscowym języku (uczyłem się niby od lat czterech, ale nie na tyle intensywnie i systematycznie, żeby faktycznie hiszpański opanować). I nawet się udało – czasami brakowało mi słów, czasami robiłem błędy gramatyczne, ale skutecznie załatwiałem sprawy w sklepie, restauracji czy wypożyczalni samochodów. Do tego doszła codzienna lektura „Pronto” i zupełnie przestałem myśleć o angielskim jako medium niezbędnym do prowadzenia konwersacji w międzynarodowym towarzystwie. A kiedy po tygodniu pojechałem do Sewilli i co kawałek słyszałem „How much is the ticket?”, „Where is the entrance?”, myślałem sobie „Boże, jacy z tych Angoli ignoranci!”.

Czytaj dalej

Copyright © 2014