Sewilla na jeden dzień

Sewilla, 03/07/2012

Z Costa de la Luz do Sewilli to ledwie 130 km; dojazd jest łatwy – prawie cały czas jedzie się autostradą. Mandaty za przekraczanie prędkości muszą być tu słone, bo wszystkie auta poruszały się z prędkością maksimum 120-130 km/godz (nie sądzę, żeby takie trzymanie się przepisów było wrodzoną cechą hiszpańskich obywateli). Krajobraz za szybą nie przyciągał wzroku – ta część Andaluzji nie należy do szczególnie urodziwych.

Wybraliśmy się sami z Dorotą – przy zwiedzaniu miasta w tropikalnych temperaturach pozostała część rodziny raczej byłaby dla nas balastem. Zresztą Agnieszka z Kamilą z ochotą pozostały przy hotelowym basenie. Pojechaliśmy trochę na pałę, bo bez żadnego planu, przewodnika czy gps-a. Po półtoragodzinnej podróży wynajętym samochodem znaleźliśmy się w całkowicie obcym mieście. Jechaliśmy za znakami w kierunku centrum. Najpierw nie mogliśmy się zdecydować, czy już jesteśmy na tyle blisko, żeby szukać miejsca do zaparkowania, a potem było już na to za późno. Zaczęło się kluczenie po miejskich arteriach. Dużo aut, kilka pasm, na rondach pasy nie wymalowane, nie było się gdzie zatrzymać choćby na chwilę. Po paru manewrach w lewo i w prawo zaczęliśmy tracić resztki orientacji w terenie. W końcu w jakiejś bocznej uliczce wypatrzyłem wolne miejsce na postój. Nieopodal znaleźliśmy księgarnię, kupiliśmy plan Sewilli i zaciągnęliśmy języka. Kryzysowa sytuacja została opanowana.

Od historycznego centrum dzieliło nas 20 minut. Przeszliśmy ten odcinek Sewilli nowoczesnej odnosząc wrażenie, że jest to miasto czyste i dobrze zorganizowane. Tak też i wyglądała starsza część, tyle że szerokie ulice zmieniły się w wąskie uliczki. Rdzennych mieszkańców zastąpiła mnogość turystów. Towarzystwo zapewniali nam jedynie sewilscy sklepikarze, kelnerzy i dorożkarze.

Do dyspozycji mieliśmy tylko sześć godzin i, żeby zmieścić się w tym czasie, mogliśmy wybrać do zwiedzania jedynie te miejsca, które uchodzą za kanoniczne punkty turystycznej wizyty w Sewilli:

– Katedra – jej wielka bryła z zewnątrz nie przytłacza, wewnątrz kryje w sobie ogromną kubaturę przestrzeni, z której, jak w przypadku wielu takich obiektów stanowiących międzynarodową turystyczną atrakcję, wyparowała już niestety atmosfera sacrum; można by było tylko tutaj spędzić pół dnia, podziwiając architektoniczne detale i dzieła sztuki dekorujące poszczególne kaplice; największe zainteresowanie zwiedzających wzbudzało oczywiście mauzoleum Krzysztofa Kolumba.

– Giralda – sławna dzwonnica, której główna struktura stanowiła minaret w czasach, gdy rządzili tu Maurowie; można z niej zobaczyć panoramę całego miasta.

– Pałac królewski – jeszcze po wyparciu Maurów powstawały tu budynki zgodne z kanonami wcześniej wyuczonej przez rzemieślników sztuki, dlatego miejsce to przywołuje na myśl arabską Alhambrę; toczyła się tu jednak historia katolickiej Hiszpanii, szczególnie intensywnie w epoce Wielkich Odkryć Geograficznych.

– Ogrody pałacu królewskiego – niegdyś pewnie były piękne i dawały wytchnienie od letnich upałów; teraz wydały mi się zaniedbane – chwasty porastające rabaty, uboga ilość kwiatów, brak wody w fontannach; duże rozczarowanie.

– Widok miasta znad rzeki Gwadalkiwir – właściwie znaleźliśmy się tu przypadkowo, idąc do areny walki byków; z mostu rozciągała się ładna panorama starej części Sewilli (a miejsca corridy nie zwiedziliśmy, bo wejścia tylko z przewodnikiem, a czas zwiedzania zbyt długi jak na nasz harmonogram).

– Plaza de España – właściwie to nie o plac chodzi, tylko o kompleks opasających go budynków, taki quasi pałac wybudowany w eklektycznym stylu. Przy całej swojej bogatej ornamentyce i kolorystyce kompozycja prezentuje się spójnie; zęby nie bolą. Budowla została wzniesiona jako pawilon wystawowy Iberoamerykańskiego Expo, odbywającego się w Sewilli między majem 1929 a czerwcem 1930.

– park María Luisa – przylegający do Plaza de España, więc chwilę pochodziliśmy po jego alejkach; wrażenie to samo, co w ogrodach pałacu królewskiego – roślinność i parkowa infrastruktura zaniedbane; może to efekt budżetowych oszczędności.

O piątej wracaliśmy do samochodu. Niby to nie była już godzina sjesty, ale ulice dalej były pustawe. Termometry wskazywały 40 stopni Celsjusza, więc do czego ludzie mieli się spieszyć? Trudno nie było mieć wrażenia, że właściwa Sewilla obudzi się do życia dopiero za 2-3 godziny. Może innym razem poznamy jej prawdziwe oblicze.

 

Czytaj dalej

Copyright © 2014