Powrót

12/10/2008

Odlot mamy o 7.20. Odprawa kończy się o 6.40. Zbyt wcześnie, żeby dotrzeć na lotnisko miejską koleją. Żeby być pewnym terminowego dojazdu, zamawiam radio taxi.

W nocy budzę się raz po raz. Na ekranie komórki kontroluję czas. To nic, że nastawione mamy dwa budziki. Świadomość konieczności porannej pobudki jest silniejsza niż potrzeba spokojnego snu. Przez uchylone okno wpada gwar ulicy. Celebracja weekendu.

O 4.30 budziki brzęczą niezawodnie. Zbieramy się wszyscy jeden po drugim. O piątej ma przyjechać taksówka. Wyglądam przez okno. Ulicą przemyka jedna, potem druga. Wreszcie któraś z kolei zatrzymuje się na wprost naszej kamienicy. Zbiegam schodami. Na ulicy kręci się jeszcze całkiem sporo ludzi. Podchodzę do auta. Schylam się, żeby pozdrowić kierowcę, ale w środku nikogo nie ma. Zaskoczony, rozglądam się dookoła. Nadchodzi taksówkarz. Niesie kanapkę i napój. Coś tam do mnie mruczy, co układa się w jasny komunikat, że on już nie pracuje. Sytuacja nie jest jednak jasna dla mnie – czyżby nie zarejestrowali prawidłowo mojego zlecenia, a może firma taksówkarska jest mało odpowiedzialna? Na szczęście nie musiałem długo trapić się tym dylematem. Minuta i podjeżdża auto tej samej sieci. Tym razem wszystko się zgadza – pan przyjechał po to, żeby nas zabrać.

***

Przed jedenastą jesteśmy w domu. Przed nami prawie cały dzień żywych wspomnień.

Copyright © 2014