Wędrówka po wieży Eiffela

10/10/2008

Kiedy idzie się przez Pola Marsowe od strony École Militaire, można mieć wrażenie, jakby wieża Eiffela stała nie w centrum wielkiego miasta, lecz w prowincjonalnym parku (te żwirowe alejki, u nas od razu zażądano by wymiany na asfaltowy dywanik, albo betonową kostkę).

To ciekawe, że ta stalowa konstrukcja postawiona z zamiarem zdemontowania po 20 latach, jest absolutnie najbardziej znaną budowlą na świecie. Jedynie egipskie piramidy mogłyby z nią konkurować. Piramidy miały jednak na zdobycie popularności 4,5 tysiąca lat; wieża Eiffla nie potrzebowała nawet stulecia. Oczywiście nie byłoby to możliwe, gdyby nie generalny postęp, rozwój prasy, telewizji, turystyki, ale to nie jest jeszcze wytłumaczenie jej fenomenu. Czyż raczej nie chodzi o to, że po raz pierwszy w dziejach człowiek wykorzystał całą swoją wiedzę i umiejętności do stworzenia wielkiej budowli bez żadnego praktycznego celu, a jedynie udowodnienia swojego geniuszu? Eiffel wzniósł konstrukcję, która zdawała przeczyć prawom fizyki, i zawładnął zbiorową wyobraźnią. Szacuje się, że od 1889 roku na wieżę wspięło się około 250 milionów ludzi. My postanowiliśmy być jednymi z nich.

Wybraliśmy wspinaczkę o własnych siłach: po pierwsze, bez kolejki, po drugie, taniej, po trzecie, niechże wreszcie będzie to też i jakieś fizyczne wyzwanie. Trzysta stopni oplecionych misterną konstrukcją nitowanych stalowych belek prowadzi na pierwszą platformę. Tu możemy już cieszyć oko widokami Paryża z (jeszcze nie najwyższego) lotu ptaka. Odpoczywamy, śledząc multimedialną prezentację historii wieży w Cineiffel. Wpisujemy się do księgi pamiątkowej: „Pozdrawiamy wszystkich z wieży Eiffel’a. Agnieszka, Dorota, Kamila, Grzegorz”. Potem kolejnych trzysta, pokonywanych z coraz większym trudem, stopni i jesteśmy już 115 metrów ponad poziomem zero. Dalej, z drugiej na trzecią platformę, wiedzie tylko jedna droga – windą. Cierpliwie czekamy na swoją kolej i po kilkunastu minutach ruszamy prawdziwą windą do nieba – docieramy na wysokość 276 m.

Paryż mamy jak na dłoni. Wszystkie te monumentalne budowle, które widzieliśmy wcześniej, wydają się teraz takie małe, niepozorne, jak modele gmachów w studiu urbanistycznym. W którą stronę nie spojrzeć, zabudowa miasta ciągnie się i ciągnie, rozpływając się potem w szarzejącej coraz bardziej linii horyzontu. Dzień ma się już ku końcowi.

Potem, kiedy jest już zupełnie ciemno, od strony ogrodów Trocadero oglądamy wieżę w wersji „by night”. Jej normalna nocna szata jest złota, ale dla nas rozświetliła się lazurem i otoczyła aureolą z dwunastu złotych gwiazd. To wieża Eiffela w wersji europejskiej, dla pokazania wszystkim przyjezdnym, że to Francja sprawuje półroczną prezydencję Unii.

Czytaj dalej

Copyright © 2014