Chińskie impresje

Krajobraz

W palecie kolorów chińskiego pejzażu dominują odcienie szarości, beżu, popieli,  khaki. Brakuje intensywnych pobudzających do życia barw. Kiedy po powrocie jechałem z lotniska w Krakowie, a przecież to już był ostatni dzień października i daleko zaawansowana jesień, w promieniach lekkiego słońca, delikatnie mieniły się zielenie, żółcie, czerwienie, brązy. Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy w jak kolorowym świecie żyjemy! W tym samym czasie w regionie Szanghaju temperatura utrzymuje się cały czas powyżej dwudziestu stopni, ale przyroda jest zupełnie obumarła. W samym mieście są niemal wyłącznie domy i ulice, ale również poza nim zielonych terenów bardzo mało. Jedzie się przez szeroką, płaską jak stół równinę. Na szarej ziemi pobudowane są osiedla, za nimi dymiące fabryki, gdzieniegdzie widać pola ryżowe. Dopiero przed Anji, teren zaczyna falować, pojawiają się strome wzniesienia porośnięte lasami bambusowymi. Tego dnia, kiedy tam byliśmy, niebo było przymglone przez cały czas, nie wiem, czy mieliśmy pecha, czy jest to zjawisko częste (słyszałem opinie, że to efekt niekontrolowanej emisji pyłów przez chiński przemysł). W każdym razie nawet te zielone wzgórza wyglądały w tych warunkach blado.

Mudanjiang położone jest dalej na północy. Stąd do Władywostoku w Rosji jest tylko 250 kilometrów. Temperatura była tu wyraźnie niższa, parę stopni powyżej zera. Nieliczne drzewa stały ogołocone z liści. Trawa zdążyła już zszarzeć. Jednego dnia, kiedy pojechaliśmy do oddalonej o 60 kilometrów mniejszej miejscowości i znajdującej się tam fabryki, niebo było granatowe, ale nawet mocno promieniujące słońce nie było w stanie wyciągnąć z otaczającego nas krajobrazu jakichś intensywnych barw. Samo Mudanjiang, miasto liczące około osiemset tysięcy mieszkańców (wedle naszych gospodarzy miasto małe) jest konglomeratem osiedli zorganizowanych na bazie regularnej szachownicy. Każde osiedle stanowi multiplikację jednego projektu architektonicznego. Tworzona jest w ten sposób monotonna, ale uporządkowana zabudowa. Mudanjiang, a pewnie takich miast w Chinach jest wiele, przypomina trochę Nową Hutę, tyle że w Nowej Hucie zadbano przynajmniej o tereny zielone.

Drogi

Wszędzie, gdzie poruszaliśmy się samochodem, czy w miastach, czy poza nimi (przejechaliśmy łącznie około 600 kilometrów) drogi były w znakomitym stanie. Nawierzchnia równa, przepustowość w stosunku do ruchu duża. Estakady, tunele. Autostrady płatne, z wystarczającą ilością punktów poboru opłat, żeby nie stać w kolejce. Polska jest tu lata świetlne za Chinami i na pewno tego dystansu już nie zmniejszymy.

Ruch uliczny

Każdy jest na drodze królem i jedzie tak, jak uważa za stosowne. Wymaga to ciągłej koncentracji kierowcy, bo trzeba uważać na to, co robią inni, a samemu też nie można być gorszym, trzeba przepychać się do przodu wśród innych pojazdów. W użyciu ciągle jest klakson. Ti, ti! Ti, ti! Żeby innych uprzedzić o wykonywanym przez siebie manewrze, albo żeby zwrócić im uwagę, że nam przeszkadzają. O dziwo jest to skuteczna metoda. Ja w każdym razie żadnej stłuczki nie widziałem.

Na autostradzie dozwolona prędkość to 120 km/h i do tego wszyscy się stosują, choć pustawo, a maszyny wielu ma takie, że swobodnie i 200 km/h mogliby ciągnąć.

Pieszy na drodze nie ma żadnych praw i nie należy liczyć na to, że ktokolwiek się zatrzyma, nawet jeśli będziemy na środku jezdni. Prędzej usłyszymy: ti, ti! Z drogi!

Samochody

Można zobaczyć Chińczyków na rowerach, albo skuterach, ale generalnie większość porusza się samochodami. Taksówki są dość przestarzałe (najbardziej popularny model to volkswagen santana), za to prywatne auta raczej lepsze niż w Polsce. Szczególnie na północy dominowały duże limuzyny i terenówki z napędem na cztery koła. Odpowiedzialny za sprzedaż syn właściciela jednej z odwiedzanych przez nas fabryk jeździł porsche carrera, współwłaściciel drugiej fabryki wielką czarną bryką rodzimej produkcji , a jego kierowca woził nas toyotą land cruiser. Samochód musi być dla Chińczyków symbolem statusu. To zjawisko charakterystyczne dla społeczeństw, które w krótkim czasie przeszły drogę od biedy do dobrobytu.

Ceny i płace

Powiedzenie, że chiński robotnik będzie pracował za miskę ryżu, to mit. Na dalekiej prowincji płaci się na rękę równowartość około 1500 zł, a więc nie tak wiele mniej niż w Polsce. Być może, że ta wypłata jest mniej obciążona podatkami, składkami socjalnymi, pracuje się sześć dni w tygodniu, a nie pięć, nikt nie dostaje zwolnienia lekarskiego z błahego powodu, i stąd może brać się różnica w całkowitych kosztach pracy.

Prawie niczego w Chinach nie kupiłem, ale wydaje mi się, że poziom cen jest tam zbliżony do naszego. Na jakieś cenowe eldorado na pewno nie należy się nastawiać.

Język angielski

Posługiwanie się językiem angielskim to bardzo rzadka wśród Chińczyków umiejętność. Co więcej, często ci, którzy deklarują znajomość tego języka, mają zasób słów ograniczony do zupełnie podstawowych, a wymowę tak dalece odbiegającą od oryginału, że trudno zrozumieć sens ich wypowiedzi. Jeżeli z Chin ma narodzić się prawdziwe supermocarstwo, brak zdolności posługiwania się angielskim, podstawowym językiem naszej cywilizacji, będzie poważną przeszkodą na drodze realizacji tego celu.

Internet

Ze swobodnym  dostępem do internetu był problem. Nie wiem, na ile wynikał z niedostatków technologii, na ile z rządowych (formalnych czy nieformalnych) ograniczeń. Opiekująca się naszą grupą Jo, lokalna pracownica Amorimu, twierdziła, że facebook nie jest w Chinach blokowany, ale mnie nie udało się połączyć z nim w żadnym z odwiedzanych miejsc. W Anji wchodziłem na www.gazeta.pl, w Mudanjiang nie, także wyszukiwarka google nie działała tam. Z pocztą też był jakiś problem. Na komórkę wiadomości ściągałem łatwo, na laptopa przychodziły nieregularnie, a z wysyłką był w ogóle kłopot. Jak już się udało przepchać, to wiadomość szła serią (Agnieszka dostała tę samą pocztę trzy razy).

Copyright © 2014