Nasz dom, nasz taras

Zakwaterowania poszukiwałem w okolicach Castellammare del Golfo, miasteczka położonego nad zatoką Golfo di Castellammare. Po pierwsze, z uwagi na dogodną lokalizację w połowie drogi między Trapani a Palermo, po drugie dlatego, że czytałem, że jest tu wyjątkowo pięknie. W samym miasteczku nie chciałem mieszkać – za duży ruch i skwar. Kierunek zachodni zamknięty jest przez masyw górski. W kierunku wschodnim ciągnie się przez wiele kilometrów piaszczysta plaża. Przy niej powstała wakacyjna osada Alcamo Marina, pełna ciasno upakowanych willi. Rozważałem tu kilka propozycji, ale wybrałem inną. Za Alcamo Marina droga oddala się nieco od morza, wiedzie krętym szlakiem wśród uprawnych pól. Dwa kilometry przed miasteczkiem Balestrate po lewej stronie wyrasta opadający w kierunku morza las. Tuż przed nim skręca się w drogę schodzącą do plaży. Wzdłuż niej wyrosła kolonia kilkunastu domów wakacyjnych. W jednym z nich zamieszkaliśmy my.

 

Dom był dwukondygnacyjny. Na każdej z nich znajdowało się jedno mieszkanie. My zajmowaliśmy górne. Do dyspozycji mieliśmy pokój dzienny z aneksem kuchennym, dwie sypialnie i łazienkę, ale i tak większość czasu spędzaliśmy na tarasie, bo to był taras nie byle jaki. Miał powierzchnię większą niż pół mieszkania. Cały był zadaszony, dając schronienie przed mocnym sycylijskim słońcem. Zapewniał intymność, znacznie górując nad poziomem drogi i sąsiednich zabudowań. Oferował wspaniały widok na zatokę i zamykające ją góry. Można było nic nie robić, tylko siedzieć w fotelu, kontemplując majestat przyrody. Na dole powietrze było mocno rozgrzane, a tu zawsze wiała przyjemna bryza. Kiedy wracaliśmy z plaży spieczeni i, wstępując na ostatnie stopnie, czuliśmy na policzkach orzeźwiający podmuch (schody były zewnętrzne), żartowaliśmy: klimatyzacja działa. Na tarasie odpoczywaliśmy, jedliśmy posiłki, a nawet urządzaliśmy kino letnie (z filmami wyświetlanymi na ekranie laptopa).

Posiłki przyrządzaliśmy sobie sami. Rano i wieczorem każdy brał z lodówki to, na co miał ochotę. Główny posiłek (obiad, albo lunch – obojętnie, jak go zwać) przygotowywaliśmy wspólnie pod kierunkiem Agnieszki. To były proste dania do zrobienia w maksymalnie pół godziny. Nawet jeśli głównym składnikiem był gotowy produkt z supermarketu, to całość zawsze była wzbogacona o samodzielnie przyrządzony sos lub warzywną sałatkę. Przebojem okazały się omaszczone ziemniaki z warzywami z patelni, kawałkami podsmażonych kiełbasek i dużą ilością rozmarynu, świeżo zerwanego w przydomowym ogródku. Z rzadka tylko korzystaliśmy z restauracji. Raz, że w pobliżu nie było żadnych. Dwa, że na obfity wieczorny posiłek nie mieliśmy sił i chęci.

Do  piaszczystej plaży było trzysta metrów. Blisko. Zasadniczo nie była ona zagospodarowana. Mieli tu co prawda stanowisko ratownicy, postawiono przyczepę barową, otwarto odpłatny parking dla samochodów, ale każdy przychodził z własnym parasolem, leżakiem lub kocykiem. Można się było czuć swobodnie. Plaża była stosunkowo wąska, ale z racji małej ilości plażowiczów zapewniała wystarczającą przestrzeń. Zejście do wody było łagodne, a sama woda przyjemnie orzeźwiająca. Na płyciźnie nagrzewała się bardziej; można się było taplać w niej bez końca.

Cała okolica była usiana większymi i mniejszymi wzgórzami. Jedyny w miarę płaski teren rozciągał się wąskim pasem wzdłuż morza. Myślałem, że tamtędy będzie wiodła trasa moich porannych biegowych treningów, ale po pierwszej próbie nie byłem z niej zadowolony – najpierw brak dobrej ścieżki, potem konieczność korzystania z jezdni w Alcamo Marina, a na koniec powrót ze słońcem świecącym prosto w twarz. Dlatego biegałem w innym kierunku, w stronę interioru. Przez te wzgórza zrobił się z tego prawdziwy bieg górski – najpierw trzeba było pokonać pięćdziesiąt metrów przewyższenia, potem tyle samo zbiec w dół, aby potem ponownie wspinać się, tym razem o sto metrów wyżej. Szczyt to była połowa dziesięciokilometrowego biegu. Powrót był łatwiejszy, bo więcej było zbiegania niż podbiegów.

Czytaj dalej

Copyright © 2014