The best ice cream ever (Alcamo)

Jadąc do Castellammare del Golfo, przejeżdżało się przez Alcamo Marina, letniskową dzielnicę miasta Alcamo, którego zasadnicza część znajduje się kilka kilometrów w głębi lądu i stosunkowo wysoko ponad poziomem morza (256 m n.p.m.). Z tarasu naszego domu Alcamo dobrze było widać. Trzeba się było tylko lekko wychylić i spojrzeć w tył w kierunku południowym, żeby dojrzeć skupisko jasnych budynków, rozciągające się na szerokim plateau u stóp masywu Monte Bonifato.

Choć mieliśmy do Alcamo blisko (7 km do centrum miasta), dotarliśmy tam dopiero w drugim tygodniu. Najkrótsza trasa wiodła tą samą drogą, po której biegałem rankami. Najpierw w górę, potem w dół. Następnie przejeżdżało się pod wysokim wiaduktem, którym prowadziła autostrada Palermo -Trapani, i poniżej wzgórza z ruinami zamku Calatubo. Dalej szosa (w nie najlepszym stanie technicznym, ze stalowym zbrojeniem wystającym w miejscach pozbawionych asfaltu) pośród pól wspinała się na kolejne zbocze. Mijało się strefę przemysłową, przecinało nitkę historycznego traktu Palermo-Trapani (obecnie droga SS113), przy której Alcamo wyrosło, i łukiem (ciągle pod górę) docierało się na Piazza Bagolino, plac zbudowany na górnym poziomie dawnego obronnego bastionu. Tu można było zostawić samochód, spojrzeć na panoramę zatoki Castellammare, a następnie zagłębić się w labirynt uliczek miasta.

Nie sądziłem, że Alcamo, miasto niewielkie, absolutnie prowincjonalne i pomijane przy tworzeniu list atrakcji Zachodniej Sycylii, zrobi na mnie tak duże wrażenie. Owszem nie ma tu dzieł sztuki architektonicznej, których obecność kazałaby turystom przemierzać wiele kilometrów, aby tylko je zobaczyć. Alcamo jest jednak miastem z duszą, o jednorodnej, harmonijnie ułożonej zabudowie, ze strukturą narastającą od czasów średniowiecza. Jest tutaj zamek pochodzący z XIV wieku, wiele kościołów i pałaców. Ulice to raczej uliczki, większość bez chodników, o szerokości dwóch małych samochodów. Wjechaliśmy w labirynt tych uliczek podczas naszej drugiej wizyty (dotarliśmy z innego kierunku i chcieliśmy się przez miasto przedrzeć do Piazza Bagolino). Wyminięcie zaparkowanego samochodu, albo skręt w przecznicę w tych ciasnych korytarzach powodował u mnie skokowy wzrost adrenaliny. Z ulgą odetchnąłem dopiero, gdy się stamtąd wydostaliśmy.

Wstąpiliśmy do lodziarni mieszczącej się w samym centrum (róg Corso VI Aprile i Piazza Mercato) o obco brzmiącej nazwie Jäätis (wedle translate.google znaczy to po estońsku lody). Wzięliśmy po dwie gałki. Boże, co to były za smaki! Na przykład pistacjowy lekko słonawy jak prawdziwe orzeszki, albo czekoladowy w stu procentach z gorzkiej czekolady. Truskawkowe, mango – te były jak koktajl owocowy. Zuppa Inglese, Ferrero Rocher. Wszystko wyborne. Żałowaliśmy tylko, że nie odkryliśmy tego miejsca wcześniej. A tak, udało nam się przyjechać tu jeszcze tylko jeden raz. Za to po powrocie odnalazłem stronę Jäätis na facebooku. Oceniłem lodziarnię na pięć gwiazdek i wpisałem w komentarzu zgodnie z prawdą: The best ice cream I have ever eaten.

Czytaj dalej

Copyright © 2014