Wyspiarski świat (Favignana)

Egady to grupa niewielkich wysp położonych w niedużej odległości od zachodnich brzegów Sycylii. Największa z nich Favignana jest też najbliższą stałego lądu, dzieli ją od niego zaledwie siedem kilometrów (od portu w Trapani 16 km). Daleko nie jest, ale wyprawa na wyspę to jednak podróż do trochę innego świata.

Na Favignanę kursują promy i wodoloty. Chcieliśmy popłynąć wodolotem, gdyż podróż nim trwa 30 minut, a nie godzinę jak promem. Miejsca na najbliższe kursy były już jednak wyprzedane, musielibyśmy czekać na kolejny półtorej godziny, zdecydowaliśmy się zatem na prom. Miał wypłynąć o dziesiątej, ale przybył do portu ledwie pięć minut wcześniej. Zanim z jego wnętrza wyjechały wszystkie pojazdy, zanim załadowały się nowe, chcące przedostać się na wyspę, minęło 45 minut i wyruszyliśmy z dużym opóźnieniem. Mimo wszystko dobrze, że wybraliśmy przeprawę promową, bo można było swobodnie chodzić po pokładzie i robić zdjęcia (wodolotem wracaliśmy z Favignany, podróż minęła szybko, ale przez cały czas trzeba było siedzieć w kabinie). A dodatkową atrakcją było obserwowanie załadunku samochodów, które należało ciasno upakować wewnątrz promu. Czym te auta nie były wypełnione, a jakie niezborne manewry wykonywali niektórzy kierowcy…

Statki z Trapani przybijają do portu głównej miejscowości wyspy, noszącej tę samą nazwę – Favignana. Port, położony w naturalnej zatoce, jest niewielki, kameralny, jak wszystko tutaj. Zabudowa miasteczka jest zwarta, domy są niskie, pudełkowate, z płaskimi dachami, fasadami w jasnym kolorze. Architektura odmienna od tej, którą widzieliśmy na Sycylii. Nad miasteczkiem góruje najwyższy szczyt wyspy, Monte Santa Caterina (314 m. n.p.m.), wyglądający dziko, bo pozbawiony roślinności, z posępnymi ruinami zamku na czubku.

Jak tylko zeszliśmy na ląd, popędziliśmy do dawnej przetwórni tuńczyka, przekształconej w muzeum. Spieszyliśmy się, żeby zdążyć przed obowiązkową tutaj przerwą na sjestę. Fabryka-muzeum mieści się z drugiej strony zatoki, musieliśmy więc przejść całe nadbrzeże, aby do niej dotrzeć. Do środka wchodzi się przez budynek wzniesiony w stylu neoklasycznym, który śmiało można by nazwać pałacem. Pewnie była to siedziba dyrekcji, ale i inne zabudowania zostały zaprojektowane solidnie i z klasą, tak że w fabrycznych halach można się czuć jak w zamkowych salach. Dobre wrażenie potęguje stan obiektu – całość przeszła generalny remont kilka lat temu.

W przetwórnię zainwestował Ignazio Florio po tym jak w 1874 roku zakupił terytorium Favignany (rodzina Florio dorobiła się w XIX wieku wielkiego majątku, podejmując wiele przedsięwzięć biznesowych w różnych branżach gospodarki Sycylii). Okoliczne wody obfitowały w tuńczyka, rybę o typowej długości 2-2,5 metra i masie około 350 kilogramów. Tradycja połowów była długa, ale dopiero technologia puszkowania mięsa jako metody jego długotrwałej konserwacji uczyniła z rybactwa lukratywny przemysł. Wypracowana na tych terenach metoda połowu tuńczyka była daleka od tego, co stanowi nasze wyobrażenie o pracy rybaka. Jej końcowy etap mógłby kojarzyć się raczej z rzeźnią.  Rybacy każdej wiosny rozkładali w głębi wody sieci tworzące skomplikowaną strukturę zawężających się komór, ciągnącą się na długości nawet pięciu kilometrów. Ryba, która wpłynęła do środka, miała małe szanse na wydostanie się z tego swoistego labiryntu. Ostatni etap zwany był komorą śmierci. Tu podpływali rybacy na swoich łodziach, tworzyli z nich zamknięty krąg, podciągali sieć tworzącą dno komory do góry. Wyciągnięte z wody tuńczyki dźgano harpunami, tak aby spowodować ich śmiertelne wykrwawienie się. W dawnej przetwórni można zobaczyć galery rybackie, stare zdjęcia z połowów, komora śmierci zaprezentowana jest jako artystyczna instalacja, ale ta metoda zdobywania mięsa tuńczyka to nie jest coś należącego do odległej przeszłości. Stosowano ją jeszcze na początku naszego wieku.

Fabryka funkcjonowała do lat osiemdziesiątych XX wieku, kiedy to produkcja w niej stała się trwale nieopłacalna z powodu konkurencji ze strony nowocześniejszych zakładów i zmniejszenia się ilości tuńczyka. Obiekt niszczał, aż zapadła decyzja o utworzeniu tu muzeum. Jest ono z rozmachem zrobione, nowocześnie, z wykorzystaniem multimediów. Opowiada nie tylko o fabryce rodziny Florio, ale i o dawnej historii wyspy, bo to u jej brzegów w 241 r. p.n.e. rozegrała się wielka bitwa morska stanowiąca ostatni akord pierwszej wojny punickiej. Zwycięstwo Rzymian doprowadziło do zawarcia układu pokojowego, w którym Kartagina musiała zgodzić się między innymi na całkowite wycofanie się z Sycylii. Część ekspozycji stanowią starożytne przedmioty wydobyte z dna morza – fragmenty galer, uzbrojenia, amfory. Szkoda jedynie, że całość przygotowano jedynie w języku włoskim. Gdyby w jakiejś formie otrzymać tłumaczenie, można by dowiedzieć się znacznie więcej.

Koło portu stoi pałacyk zbudowany na zlecenie Ignazia Florio, w którym rodzina mogła wypoczywać i podejmować gości. Chcieliśmy wstąpić i tam, ale pora sjesty już się zaczęła i zastaliśmy drzwi zamknięte. Pospacerowaliśmy więc po miasteczku, poszliśmy na lody do kawiarni i wkrótce nadeszła godzina powrotu.

Czytaj dalej

Copyright © 2014