Drugi tydzień w Zadarze

Po siedmiu dniach na Hvarze przeprawiliśmy się promem z powrotem do Splitu, a stamtąd po dwóch godzinach dotarliśmy do Zadaru. Dlaczego tu mieliśmy spędzić drugi tydzień urlopu? Głównie z uwagi na chęć skrócenia czasu powrotnej drogi do domu. Wystarczyło wjechać na autostradę i zmierzać nią prosto w kierunku Zagrzebia. Poza tym też miało być pięknie.

Choć palma pierwszeństwa na dalmatyńskim wybrzeżu należy dziś do Splitu, przez całe wieki to Zadar był głównym ośrodkiem. Jest to więc miasto historyczne, o historii dość skomplikowanej, na przykład zaskakujące jest to, że po I wojnie światowej nie stał się częścią nowo powstałego Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców (czyli późniejszej Jugosławii), ale został przyznany Włochom i od 1920 do 1944 roku stanowił włoską enklawę w Dalmacji.

My jednak przyjechaliśmy na wakacje, więc to nie w samym mieście mieliśmy mieszkać. Apartament, który wynająłem, znajdował się w dzielnicy Diklo. Pewnie kiedyś była to odrębna osada, teraz stała się polem szybkiego przyrostu obiektów wznoszonych na potrzeby wypoczynku i turystyki. Zamieszkaliśmy na trzecim, ostatnim piętrze bloku, stojącego na wzniesieniu w odległości trzystu metrów od morza, a ponieważ balkon mieliśmy skierowany w tę stronę, codziennie mogliśmy rozkoszować się wspaniałym widokiem. Na Hvarze panorama też była piękna, ale inna. Tu znacznie szersza, tafla wody lśniła od lewej do prawej, a bonusem były zachody słońca z czerwoną tarczą chowającą się za krańcem morza. Oczywiście byliśmy w Chorwacji, więc i wyspy było widać. Ciągnęły się pasami, jedna przechodziła w drugą, trudno było powiedzieć, gdzie mają początek i koniec, a przez to niemożliwe było je policzyć.

Nad wodę mieliśmy parę minut spacerem. Choć było tu więcej ludzi niż na Hvarze, bez problemu znajdowaliśmy miejsce w cieniu drzewa z bezpośrednim zejściem do morza. Można było posiedzieć, popływać, ale bez zachwytu. Generalnie Diklo wzbudziło u nas mieszane uczucia. Lokalne władze dopuściły do nieskrępowanego rozwoju bazy noclegowej, natomiast równolegle nie poszły inwestycje w publiczną infrastrukturę. Ulice są pozbawione chodników, plaże to ledwie wąski pas betonu, przylegający do głównej drogi. Jedynie łączka, na którą chodziliśmy, zapewniała większą przestrzeń, ale została zajęta niejako nieformalnie, bo ewidentnie stanowiła kiedyś część ośrodka turystycznego, który z jakichś powodów popadł w ruinę.

Niemal codziennie biegałem rano brzegiem morza do samego centrum. To był dystans około pięciu kilometrów w jedną stronę. Normalnie to powinno być nie tylko sportowe wyzwanie, ale i przyjemność biegu malowniczą trasą. Choć po drodze mijałem dwie mariny i zatokę z lokalnymi łódkami, miałem wrażenie, że czas się tu zatrzymał, że niewiele zrobiono, aby pomóc temu miejscu wyglądać lepiej. Z poprzedniej epoki pozostały nierówne chodniki, ubogie kwietniki, brudne fasady. W Polsce miasta i miasteczka o diametralnie mniejszym potencjale turystycznym zrobiły dużo więcej, aby się podobać. Nie wiem, czy to kwestia bierności władz Zadaru, czy też mieszkańcom dobrze jest z tym, co jest.    

Czytaj dalej

Copyright © 2014