Plitvička Jezera

Niemal wszyscy znajomi, którzy byli już w Chorwacji, słysząc, że zahaczymy o Jeziora Plitwickie, mówili: też byśmy chcieli, może następnym razem. Dojazd nie jest skomplikowany, rozchodzi się tylko o wygospodarowanie dodatkowego czasu. Z tego względu wyjechaliśmy z Polski dwa dni wcześniej.

Zatrzymaliśmy się w miejscowości Rakovica, kilkanaście kilometrów od parku narodowego Plitvička Jezera. Spędziliśmy tam dwie noce i taki rozkład wydaje się optymalny – odpoczynek po podróży pierwszego dnia wieczorem, zwiedzanie drugiego dnia do godzin popołudniowych, relaks i wyjazd rano dnia trzeciego.

Wstęp do parku jest płatny – 200 kun za osobę dorosłą, 125 kun za ucznia/studenta w wieku powyżej 18 lat. Do tego trzeba doliczyć parking. Cały koszt za naszą grupę 2+1 w przeliczeniu na polską walutę wyniósł 358 zł, więc całkiem sporo, ale zdecydowanie było warto.

Plitwickie Jeziora położone są w wyjątkowo ukształtowanym kanionie. Woda nie płynie w nim jedną ciągłą strugą, ale wypełnia naturalnie utworzone misy, baseny i przelewa się przez ich krawędzie do kolejnych niżej znajdujących się zbiorników. Jeziora rozciągają się na przestrzeni długości ponad siedmiu kilometrów, pierwsze na wysokości 636 m.n.p.m., ostatnie 503 m.n.p.m.  Jezior, tych większych, nazwanych, jest szesnaście. Są zasilane wodami powierzchniowymi i podziemnymi, a z ostatniego z nich początek bierze rzeka Korana. Kolor krystalicznie czystej wody jest szmaragdowy. To efekt skalistego dna, w górnej części doliny to dolomit, w dolnej wapień. Jeziora otoczone są lasami, które zresztą zajmują zdecydowanie większy chroniony obszar parku narodowego. 

Do parku wiodą dwa wejścia i teoretycznie nie ma znaczenia, na które się zdecydujemy, ale w praktyce determinują one wybór trasy zwiedzania. Z tego względu lepiej rozpocząć od wejścia nr 1, bo wtedy ma się od razu wspaniały widok na największy wodospad Veliki Slap, wysoki na siedemdziesiąt osiem metrów, wędruje się w górę, czyli mając przed oczami kaskady spływającej wody, a kończy panoramą ze szczytu skał, gdzie w dole widać początek trasy, jak szło się tuż nad taflą po przerzuconym z jednego brzegu na drugi pomoście. My wybraliśmy szlak oznaczony literą C. Był wystarczająco długi, żeby zobaczyć wszystko, co należało, a nie nadmiernie długi, aby być znudzonym. Całość zajęła nam pięć godzin – piesza wędrówka, przepłynięcie promem jeziora Kozjak, powrót elektryczną kolejką na kołach (prom i kolejka w cenie biletu).

Rocznie odwiedza park ponad milion turystów. Dla zapobieżenia nadmiernej ilości osób w jednym momencie bilety są limitowane i sprzedawane na określoną godzinę. Żeby mieć pewność wejścia bez oczekiwania na wolne okienko czasowe, bilety kupiłem online z dwudniowym wyprzedzeniem. Jak się jednak okazało, pula biletów nie wyczerpała się i można było kupić wejściówki w kasie (cena taka sama). Gdy potem szliśmy szlakiem, czasami miałem wrażenie, że ludzi jest naprawdę sporo, ale wystarczyło wyminąć jakąś grupę i robiło się pustawo. Tak naprawdę spiętrzenia osób doświadczyliśmy jedynie w kolejce do promu. Pech chciał, że gdy się posilaliśmy, nadeszła zorganizowana grupa wycieczkowa, i w efekcie nie załapaliśmy się na pierwszy kurs.     

Plitwickie Jeziora to natura w czystej postaci. I to dosłownie, nie w przenośni. Byliśmy zaskoczeni, że przy takiej liczbie turystów nie dostrzegliśmy ani jednego porzuconego papierka, peta, innego śmiecia. Nawet gdyby założyć, że wszyscy turyści to osoby o najwyższym stopniu kultury, to przecież komuś coś mogło wypaść niezauważenie. A tu nic. Pracownicy parku sprzątają chyba na bieżąco.

Podczas naszego zwiedzania było słonecznie, nawet upalnie, lecz tego samego dnia wieczorem rozpadało się, zagrzmiało. Gdy wyjeżdżaliśmy rano, chmury zakrywały całe niebo. Mieliśmy szczęście, że Plitwickie Jeziora zobaczyliśmy w pełnej krasie, ze słońcem wydobywającym szmaragdową barwę ze spiętrzonej wody.

Czytaj dalej

Copyright © 2014