Przystanek Split

Z Rakovicy do Splitu mieliśmy do przejechania dwieście siedemdziesiąt kilometrów, niecałe trzy godziny. Pierwsza część trasy wiodła pośród dziko wyglądających, szczelnie otulonych koronami drzew, spowitych chmurami gór. Droga najpierw wiła się doliną, potem wiodła skrajem pustego płaskowyżu. Po godzinie wjechaliśmy na autostradę Zagrzeb-Split (prowadzącą dalej w stronę Dubrownika), a nią niedługo później dotarliśmy do tunelu Sveti Rok o długości 5670 metrów, przecinającego skaliste pasmo Velebitu (część Gór Dynarskich). Po drugiej stronie szosa opadała długimi zakosami, z wysokości 510 m.n.p.m musieliśmy w ciągu parunastu minut znaleźć się jakieś czterysta metrów niżej. Krajobraz zmienił się całkowicie. Nagie skaliste przestrzenie, błyskająca tafla Adriatyku, niebieskie niebo bez chmur. Przekroczyliśmy most Maslenički, rozpięty wysoko ponad wodami cieśniny Novsko Ždrilo, i tym samym znaleźliśmy się w regionie Dalmacji.

Co jakiś czas mijaliśmy tablice informujące o zjeździe do miejscowości położonych na wybrzeżu. Zadar, Biograd na Moru, Murter, Szybenik. W końcu przyszedł czas na Split. Od bramek autostradowych, gdzie uiściłem opłatę za przejazd, trzeba było pokonać jeszcze kilkanaście kilometrów, aby poprzez góry zniżyć się do samego miasta.

Split jest drugim po Zagrzebiu miastem Chorwacji. Nie jest jednak dużą aglomeracją. Ludność to jedynie sto osiemdziesiąt tysięcy mieszkańców. Zabudowa jest zwarta, gdyż miasto leży na półwyspie, ściśnięte między morzem a górami. Przy końcu półwyspu w zatoce znajduje się historyczne centrum Splitu, a tuż obok niego przystań promowa, z której mieliśmy odpłynąć na wyspę Hvar. Prom był o 14.30, tak zatem ułożyliśmy podróż z Rakovicy, aby zrobić jeszcze większe zakupy po drodze i ustawić się w kolejce aut do przeprawy na półtorej godziny przed wypłynięciem. Droga dojazdowa jest wąska, a ruch w porcie duży. Pomocą służą stewardzi w białych uniformach, którzy kierują do właściwej kolejki. Wjechaliśmy na pirs wchodzący głęboko w morze i zaparkowaliśmy za ostatnim samochodem. Bilety mieliśmy już zakupione przez internet, całość więc czasu do załadunku mogliśmy poświęcić na spacer po starym mieście.

Historia Splitu jest w związana z postacią rzymskiego cesarza Dioklecjana, panującego w latach 284 do 305. Urodził się on w tych stronach w rodzinie niskiego stanu, do władzy doszedł, pokonując kolejne szczeble kariery wojskowej. Z myślą o spokojnej i wygodnej starości Dioklecjan postanowił wznieść umocniony kompleks pałacowy w pobliżu Salony, ówczesnej stolicy rzymskiej prowincji Dalmacja. I faktycznie, czując się zmęczonym trudami ciągłych kampanii, podupadły na zdrowiu cesarz abdykował i zamieszkał w swej nowej rezydencji. Tu zmarł sześć lat później. W VII wieku wskutek najazdów barbarzyńskich plemion Salona uległa zniszczeniu, a część jej mieszkańców przeniosła się w obręb murów dawnego cesarskiego pałacu. Nowe życie zaczęło tu tętnić. Takie były początki Splitu. Dziś, spacerując w tym miejscu, trudno byłoby się domyśleć, że kiedyś był to uporządkowany, konsekwentnie zaprojektowany zespół architektoniczny. Pełno jest tu zaułków i wąskich przejść. Z czasów rzymskich pochodzi wiele elementów, ale nie stanowią one wyodrębnionej budowli, zostały wchłonięte, wkomponowane w późniejszą zabudowę. I tak na przykład mauzoleum Dioklecjana zostało zaadoptowane na świątynię chrześcijańską i dziś jest składową katedry św. Domniusa. Żadne te rzymskie pozostałości nie mają formy na tyle oryginalnej, aby stały się symbolem miasta. Rolę tę pełni raczej smukła dzwonnica katedry z czasów średniowiecza, przebudowana na przełomie XIX i XX wieku, którą widać z każdego niemal punktu.

Warto by głębiej przestudiować historię Splitu, nas ograniczał nie tylko czas. Słońce mocno grzało, kamienne mury powstrzymywały przepływ powietrza. Co tu dużo mówić, nie były to warunki zachęcające do zwiedzania.

Czytaj dalej

Copyright © 2014