Tam i z powrotem

Wyruszyliśmy o piątej rano, a właściwie dwadzieścia minut później, bo dobrą chwilę zajmowało nam układanie bagaży. Chciałem wziąć dla Agnieszki składane łóżko turystyczne, żeby zapewnić jej wygodę nad wodą, ale ono nie pasowało w żadnej konfiguracji. Ostatecznie zdecydowaliśmy się je zostawić, więc roleta bagażnika zamknęła się należycie (a potem, gdy w trasie widziałem auta zmierzające do Chorwacji, wypełnione po sam dach, pomyślałem, że i my mogliśmy pakować się z mniejszym pietyzmem).

Zabrałem ze sobą kartkę z rozpisaną trasą: za trzy godziny w Brnie, za pięć w Wiedniu, za siedem w Grazu. Wystarczyło jednak dotrzeć do bramek autostradowych w Balicach, aby cały ten plan wziął w łeb. Śmiertelny wypadek, w Chrzanowie trzeba zjechać, dalej autostrada jest zablokowana. Co było robić, ponad godzinę w minorowych nastrojach przedzieraliśmy się lokalnymi drogami przez Śląsk, aż w końcu udało się wyjechać na A1, zmierzającą w kierunku czeskiej granicy. Potem był jeszcze długi objazd Mikulova na Morawach, korek spowodowany kolizją w Wiedniu i, gdy wydawało się, że przy takiej częstotliwości niespodziewanych wydarzeń, przyjdzie nam podróżować do nocy, reszta trasy przebiegła planowo.

Granica słoweńsko-chorwacka, pomimo tego że oba państwa należą do Unii Europejskiej, przypomniała nam podróżowanie w dawniejszych czasach. Po pierwsze, trzeba było sięgnąć po dokumenty, a nie minąć jedynie tabliczkę informującą o tym, że jesteśmy już w innym kraju. Po drugie, zapomnieliśmy, że kontrola może być oddzielna – dojechaliśmy do budki, tam siedzi człowiek w mundurze i tylko macha, żeby ruszać dalej. My zadowoleni, że to tak szybko poszło, chowamy dokumenty, a po paruset metrach za zakrętem wpadamy na kolejkę oczekujących aut i uświadamiamy sobie, że minęliśmy jedynie strażnicę słoweńską a chorwacka dopiero przed nami. Wszystko przez to, że Słowenia jest członkiem układu z Schengen, a Chorwacja jeszcze nie.   

Ostatni godzinny odcinek drogi wiódł z Karlovaca jedynką, szosą, która stanowiła dawniej główne połączenie Zagrzebia z Dalmacją. Wiła się wśród łagodnych wzgórz, a każda mijana wioska i miasteczko naszpikowane były tablicami: apartamenty, pokoje do wynajęcia. Widomy znak, że Chorwacja czeka na turystów.

Dziewięćset pięćdziesiąt kilometrów, jedenaście i pół godziny. W powrotną stronę trasę mieliśmy dłuższą o sto pięćdziesiąt kilometrów, ale te dodatkowe prawie cały czas autostradą. Poza tym była niedziela, a nie piątek, ruch z założenia mniejszy. Wydawało się, że przejedziemy w krótszym czasie niż do Chorwacji, ale też się nie udało. Szło dobrze, lecz tylko do granicy ze Słowenią. Tu stanęliśmy w korku. Ruszaliśmy parę metrów i znowu się zatrzymywaliśmy. I tak przez godzinę i dziesięć minut. Niedrożna granica to nie był efekt szczególnej kontroli przy wjeździe do strefy Schengen (podawało się tylko dokumenty, strażnik stosunkowo szybko sprawdzał dane w komputerze i jazda), ale małej liczby stanowisk jak na tak ruchliwe przejście (czynne były trzy). Ostatecznie byliśmy nawet zadowoleni, bo korek po drugiej stronie (do wjazdu na teren Chorwacji) był aż dwa razy dłuższy. Kolejne cenne minuty (dwadzieścia) straciliśmy na granicy z Austrią. Tu ruch był spowolniony wyrywkowymi kontrolami temperatury podróżnych pod kątem zapobiegania rozprzestrzenianiu się koronawirusa. I znowu korek w przeciwną stronę był dłuższy, i to więcej niż dwa razy. Tak więc, lepiej z góry założyć, że podróż zabierze nam więcej czasu niż w planie i nie spoglądać zbyt często na zegarek. W końcu to są wakacje.

Czytaj dalej

Copyright © 2014