Gdzie się morze zaczyna

12-19/02/2018

W Portugalii znaleźliśmy się za sprawą niesprawnego kolana Kamili. Tydzień przed feriami wybraliśmy się na narty do Kasiny, upewnić się, czy działa jak należy. Po godzinie jazdy Kamila zaczęła odczuwać dyskomfort, porzuciliśmy więc plany narciarskiego urlopu w Alpach, szybko trzeba było znaleźć alternatywne rozwiązanie. Jeszcze tego samego dnia zasiadłem do komputera. Neapol, Barcelona czy Lizbona? Te miejsca dawały nadzieję na łagodną, przyjemną pogodę, a cena biletów lotniczych była w granicach rozsądku. I choć z Lizboną wiązała się konieczność zapłaty najwyższej kwoty i przejazdu na lotnisko w Katowicach, zdecydowałem o takim wyborze. Perspektywa wyprawy na koniec kontynentu była najbardziej pociągająca.

Polecieliśmy więc do Lizbony, ale tak naprawdę celem było Cascais, kurort na wybrzeżu Atlantyku, trzydzieści kilometrów od stolicy Portugalii. Tu wynająłem dwupokojowe mieszkanie przy alei Infante Dom Henrique 808, które na przeciąg tygodnia stało się dla nas bazą dla codziennych bliższych i dalszych wycieczek. Dotarliśmy tam późno, bo po jedenastej w nocy (dwunastej naszego czasu). Zmęczeni myśleliśmy tylko o spoczynku.

Następnego dnia rano, gdy Agnieszka z Kamilą dalej spały, wyszedłem, aby połączyć trening biegowy ze wstępnym zwiedzaniem miejscowości. Było rześko, ale słonecznie. Pogoda wiosenna, nie zimowa. Wrażenie innej pory roku pogłębiała obfita ilość zielonej roślinności. Jedynie platany stały pozbawione liści. Do morza było dokładnie 1200 metrów. Blisko, szczególnie że droga prowadziła w dół. Wychodziło się w miejscu zwanym Boca do Inferno (Usta Piekła), gdzie napierające na skały fale doprowadziły do ich erozji, powstał otwór, przez który woda przelewa się do wewnętrznej rozpadliny. Wzdłuż wybrzeża wiła się promenada, wbiegłem na nią, skręcając w lewą (wschodnią) stronę. Za plecami zostawiłem otwarty ocean, w skos po prawej ręce widoczny był w oddali przeciwległy brzeg, wyznaczający kraniec estuarium Tagu. Wzdłuż promenady ciągnęły się rezydencje, wybudowane kilkadziesiąt lat temu i nowsze. Po kilkuset metrach dotarłem do centralnej części miejscowości, mijając po kolei latarnię morską, port jachtowy, fortecę, port rybacki i plażę miejską (Praia da Ribeira). Już ten rekonesans pozwolił mi nabrać pewności, że Cascais to kurort z charakterem (może coś w rodzaju naszego Sopotu).

Potem tą samą drogą odbyliśmy wspólny spacer, niespiesznie podziwiając naturę i wzniesione budowle. U ujścia rzeczki oddzielającej latarnię od portu wstąpiliśmy do knajpki z tarasem na świeżym powietrzu. Zjedliśmy pieczonego dorsza, grzejąc się w promieniach słońca.

Czytaj dalej

Copyright © 2014