Auto, auto

Na cały okres pobytu w Portugalii wypożyczyliśmy samochód (volkswagen polo). Był niezbędny, żeby sprawnie się przemieszczać, ale zdarzały się momenty, w których zamiast być pomocny, stawał się jak niedołężny członek rodziny, wymagający specjalnego zainteresowania i troski. Przede wszystkim kwestia parkowania – w dzisiejszych czasach, kiedy aut jest tak dużo, stanowi to realny problem. Jeżeli myśli się o dłuższym postoju, trzeba go z wyprzedzeniem zaplanować, inaczej człowiek narazi się na wysoki rachunek, albo straci wiele czasu na szukanie odpowiedniego miejsca.

Pierwszy raz do Lizbony pojechaliśmy volkswagenem. Wcześniej w internecie przegrzebałem informacje na temat parkingów, miałem upatrzony jeden, trafiliśmy tam bez pudła, był on jednak w dość odległym miejscu. Niby kilometr od centrum dzielnicy Belém to nie jest dużo, ale gdy spędza się sporą część dnia na nogach, taki dodatkowy spacer nie jest przyjemnością. Za drugim razem zdecydowaliśmy się kupić bilety na pociąg, a samochód zostawić w Cascais, ale do stacji mieliśmy dwa kilometry, więc trzeba było tam podjechać. I znowu problem, bo w Cascais obowiązują płatne strefy parkowania. Musieliśmy zawczasu znaleźć parking w rozsądnej cenie (kosztował 4 euro za dzień, zaraz koło dworca).

Na samym początku humor popsuła mi sprawa elektronicznego poboru opłat autostradowych. W 2012 roku byliśmy na Algarve i już wtedy nie można tam było płacić manualnie. Z częstych wizyt w okolicach Porto wiedziałem, że stamtąd też zniknęły budki z kasami autostradowymi. Nie zastanawiając się więc specjalnie, założyłem, że taka sytuacja jest w całej Portugalii, i w związku z tym przy wynajmowaniu samochodu poprosiłem też o urządzenie do elektronicznego poboru opłat. Okazało się, że wypożyczalnia pobiera za to 2,15 euro dziennie. Co było robić, zgodziłem się, choć tylko sporadycznie mieliśmy korzystać z autostrad. Już w czasie pierwszego przejazdu stało się jednak jasne, że w tej części kraju opcja płacenia gotówką nie została zlikwidowana i zbyteczne było dzierżawienie urządzenia i płacenie za nie. Cóż, padłem ofiarą nadmiernej pewności siebie. Zresztą mieliśmy wątpliwość, czy w ogóle w to urządzenie jesteśmy wyposażeni, bo już po wyjechaniu z lotniska, uświadomiliśmy sobie, że fizycznie niczego nie dostaliśmy. Zaczęliśmy się obawiać, że przejeżdżając zieloną linię bez odpowiedniej autoryzacji, narazimy się na mandaty. Zadzwoniłem więc do wypożyczalni, żeby to wyjaśnić. Na szczęście urządzenie w formie małego pudełeczka było przyklejone pod lusterkiem (a aktywacja za pewne nastąpiła zdalnie). Przynajmniej tyle.

Lecz najbardziej kosztowna okazała się sprawa kołpaka. Następnego dnia po przyjeździe do Cascais wybraliśmy się na zakupy do Lidla. W ich trakcie poszedłem do samochodu, bo przypomniałem sobie, że zostawiłem w nim telefon. Niczego szczególnego nie zauważyłem. Kilkanaście minut później wychodzę z zakupami i pierwsze, co mi się rzuca w oczy, to brak kołpaka na prawym tylnym kole. Pytam Agnieszki, czy wedle niej ten kołpak był przy odbiorze auta. Ona dość dokładnie oglądała je i kazała mi nawet zgłosić dostrzeżone rysy na zderzaku. Agnieszka mówi, że nie przypomina sobie braku, ktoś musiał nam ten kołpak bezczelnie gwizdnąć. Tak więc, stało się dla nas jasne, że czeka nas pokrycie kosztu nowego (ubezpieczenie tego elementu nie pokrywa).

Potem Agnieszka zaproponowała, żebyśmy sprawdzili w internecie, czy w pobliżu nie ma jakiegoś salonu Volkswagena. Lepiej byłoby kołpak odkupić, bo nie wiadomo, jaką kwotą wypożyczalnia nas obciąży, może doliczą opłatę manipulacyjną. W samym Cascais nie było, ale salon był przy drodze do Sintry, a tam mieliśmy jechać kolejnego dnia. Akurat rano nawet trochę padało, więc nie przeszkadzało nam odłożenie zwiedzania na późniejszą godzinę. Znaleźliśmy salon, stamtąd skierowano nas do serwisu 10 km dalej, to był ogromny kompleks warsztatów różnych marek, ale i do sklepu z częściami na sam koniec dotarłem. Sprzedawca nie mówił po angielsku, udało mi się jednak z nim dogadać. Potrzebował numer fabryczny tego typu kołpaka, zrobione przeze mnie zdjęcie nie było dla niego wystarczające. Wróciłem zatem do samochodu, zdjąłem kołpak z drugiego koła i poszedłem z powrotem do sklepu. Gość odczytał numer, zaczął grzebać w komputerze, najpierw mówił, że musi zamówić i dostanie towar następnego dnia, aż nagle zrobił tajemniczą minę, wstał i poszedł bez słowa na zaplecze. Za chwilę wrócił z nowym kołpakiem. Jakżeż ja wtedy poczułem się szczęśliwy! Nawet cenę (43 euro), choć była wyższa niż się spodziewałem, przyjąłem ze spokojem. Mieliśmy kłopot z głowy.

Ostatecznie zdjąłem wszystkie kołpaki, żeby broń Boże nie kusiły kolejnego amatora. Schowałem je do bagażnika z zamiarem ponownego założenia tuż przed zwrotem auta, jednakże gdy przyjechaliśmy do wypożyczalni, jej przedstawiciel od razu podszedł. Nie miałem więc czasu na montaż. Zacząłem mu wyjaśniać, że ściągnąłem kołpaki, bo ten z prawego tylnego koła został najpewniej skradziony. Człowiek zagląda do swojej dokumentacji i mówi, że tu wcale nie mieliśmy kołpaka. Kiedy po sekundzie czy dwóch sens tego zdania dotarł do nas, wybuchliśmy z Agnieszką gromkim śmiechem. Zatem strata kołpaka została tylko wykreowana w naszych głowach, a my durni daliśmy się zwieść.

Copyright © 2014