Lizbona we mgle

W ciągu tygodnia w zasadzie co dzień mieliśmy inną pogodę, nie jakoś skrajnie odmienną, ale zmiany były. I najczęściej te zmiany dokonywały się w trakcie dnia, zatem słoneczny poranek nie gwarantował takiego samego popołudnia, z drugiej strony zasnute ranem niebo nie oznaczało braku słońca do wieczora. Jednakże w piątek, kiedy po raz drugi wybraliśmy się do Lizbony, pogoda była wyjątkowo dziwna. Nad lądem niebo było klarowne, nad morzem zawiesiła się mgła. Kiedy wysiedliśmy na dworcu kolejowym w ścisłym centrum, a centrum Lizbony położone jest bezpośrednio na brzegu Tagu, ta mgła była jeszcze gęstsza. Nie była jak biała wata, ale wręcz jak białe mleko. Rzeki w ogóle nie było widać. Stamtąd ciągnęło przenikającym chłodem.

Lizbona bez rozlanych wód Tagu to nie Lizbona, ale co było robić. Zamiast spaceru po Praça do Comércio i wejścia (dla ładnego widoku) na łuk tryumfalny trzeba było od razu zapuścić się w uliczki górnej części miasta, gdzie słońce na szczęście mocno operowało. Do Bairro Alto dostaliśmy się, korzystając z windy. Elevador de Santa Justa, mający formę czterdziestopięciometrowej wieży, został zbudowany na początku XX wieku dla ułatwienia komunikacji między dzielnicami położonymi na różnych poziomach. Teraz jest turystyczną atrakcją. Trzeba było postać jakieś piętnaście minut w kolejce, mimo że to nie sezon (przejazd wliczony w cenę karty Viva 24h za 6,30 euro, z dojazdem z Cascais za 10,40 euro).

Tuż obok górnej platformy wieży windy znajdują się ruiny gotyckiego kościoła karmelitów, pamiątka po wielkim trzęsieniu ziemi, jakie dotknęło Lizbonę w 1755 roku (cała dolna część miasta została zniszczona, co widzimy tam dzisiaj, to zupełnie nowy układ urbanistyczny stworzony w ramach odbudowy). W tych zrujnowanych zabudowaniach mieści się muzeum archeologiczne. My wstąpiliśmy do sąsiedniego muzeum żandarmerii (Guarda Nacional Republicana). Inicjatorką była Kamila zaintrygowana stojącym przy wejściu wartownikiem w paradnym mundurze. Dziwny wybór? Trochę tak, ale ile jest muzeów archeologii na świecie, a dedykowane portugalskiej żandarmerii pewnie tylko jedno. My mamy je zaliczone (ciekawe militaria, trzy sale ekspozycyjne, do oglądnięcia w dwadzieścia minut).

Potem doszliśmy do kolejnej instalacji stworzonej dla poprawienia komunikacji między dzielnicami (Ascensor da Glória), która stanowi skrzyżowanie starego tramwaju z górską kolejką szynową. Spuściliśmy się w dół. Następnie przejechaliśmy się prawdziwym żółtym, lizbońskim tramwajem. Jak z pocztówki. A na przeciwległe zbocze wwiózł nas mikrobus, ciężko posuwający się w górę po stromych i krętych uliczkach. Kurs kończył się pod murami średniowiecznego zamku Castelo de São Jorge. Stąd spacerem wróciliśmy do początkowego punktu, podziwiając po drodze widoki dzielnicy Alfama (mgła w międzyczasie się podniosła i odsłoniła rozlewisko Tagu). Wstąpiliśmy też do surowej gotyckiej katedry, skrótowo zwanej przez miejscowych Sé.

Na placu Rossio wsiedliśmy w metro, aby sprawnie przemieścić się do nowej dzielnicy Lizbony, Parque das Nações. To było dość szybkie i, trzeba to przyznać, pobieżne zwiedzanie centrum. Żelazne punkty zostały zaliczone, ale nie było możliwości pooddychać atmosferą miasta. Trzeba by tu zostać na noc, poszwendać się uliczkami, wstąpić do jakiegoś knajpki. Nie żałowałem tego, wolałem uciec od miejskiego zgiełku.

Czytaj dalej

Copyright © 2014