Mafra, splendor baroku

Ostatniego dnia nie spieszyliśmy się z wyjazdem. Czekał nas nocny lot powrotny, na lotnisku mieliśmy być około dziewiętnastej. Spakowaliśmy się spokojnie i tuż przed południem opuściliśmy mieszkanie. Pojechaliśmy do Mafry, odległej o trzy kwadranse od Cascais, aby zobaczyć pałac królewski. Wiele sobie po tej wizycie nie obiecywałem. To był barok, a ja baroku nie kocham, a poza tym, ileż to już pałaców widziałem. Jakże się jednak myliłem! Mafra to miejsce zdumiewające.

Jest to ogromny, zwarty kompleks budynków, zajmujący niemal cztery hektary terenu, obejmuje 1200 pomieszczeń i 29 wewnętrznych dziedzińców. Jego sercem jest bazylika, pałac królewski zbudowany jest wokół niej. W przyległej części znajdował się jeszcze klasztor. Frontowa fasada ma długość 220 metrów. Jej układem rządzi symetria. W środku stoi bazylika, na obu flankach wysunięte nieco wieże. Pałac jest dwupiętrowy, ale to są naprawdę wysokie piętra. Całość pomimo swego ogromu wygląda zgrabnie. To efekt urozmaiconej fasady, doskonałego wyczucia proporcji i harmonii. Jednocześnie jest to architektura pełna dostojeństwa, powagi. Prawdziwy znak majestatu króla, Bożego pomazańca.

Najpierw byliśmy w bazylice (wejście bezpłatne, ledwie zdążyliśmy przed przerwą na lunch). Wnętrze bogato udekorowane, wyłożone różowym marmurem, pełne rzeźb i obrazów. Przejścia między bocznymi kaplicami ułożone są w amfiladzie, idąc można zapomnieć, że to kościół, nie pałac.

Apartamenty królewskie znajdują się na drugim piętrze (wstęp 6 euro, uczniowie ze zniżką 50%). Na drukowanym planie wydawały się niewielkie, w rzeczywistości ciągną się bez końca, bo tak: król zajmował pokoje w wieży północnej, a królowa w południowej. Między nimi trzeba było pokonać 200 metrów, przechodząc przez wiele komnat, między innymi Salę Błogosławieństw, zlokalizowaną centralnie ponad przedsionkiem bazyliki. Tu po otwarciu wewnętrznego okna rodzina królewska mogła uczestniczyć w religijnych rytuałach, będąc odizolowaną od zwykłych śmiertelników, albo też dla odmiany mogła wyjść na zewnętrzny balkon i stamtąd pozdrawiać zgromadzonych na placu poddanych. A w innych częściach budynku są jeszcze sale oficjalne, w tym tronowa, oraz służące towarzyskiemu życiu, na przykład salon myśliwski. Podobno najlepsze meble zostały stąd zabrane przez króla Jana VI, gdy ten zagrożony przez Napoleona salwował się ucieczką do Brazylii. Jeśli to prawda, jakże wspaniale musiały to być wyposażone wnętrza, skoro obecnym w zasadzie nic nie brakuje.

Wzdłuż bocznego skrzydła pałacu przechodzi się do tylnej części. Tu zwieńczeniem wizyty jest królewska biblioteka. Sala ma długość 85 metrów, szeroka jest na niemal dziesięć. Półki z książkami ustawione są na dwóch poziomach, wzdłuż górnego biegnie galeryjka umożliwiająca dostęp. Zbiór tworzy 36.000 oprawionych w skórę woluminów, w tym wiele rzadkich. Imponujący widok.

Kompleks pałacowy w Mafrze powstał w ciągu I połowy XVIII wieku z inicjatywy Jana V. Podobno na początku miał to być tylko skromny klasztor, stanowiący wypełnienie królewskiego przyrzeczenia, ale odkrycie złota w Brazylii i nagły napływ dużej ilości tego kruszcu z  kolonii, napełniły skarbiec i król zmienił zasadniczo plany, decydując się na budowlę symbolizującą potęgę portugalskiej korony. I co prawda Mafra nigdy nie stała się permanentną rezydencją, ale rodzina królewska lubiła tu bywać. A czy przyjeżdżali tu też w lutym? Tego nie wiem. Jeśli tak, to musieli ubierać się ciepło, bo podczas naszej wizyty w pomieszczeniach było chłodno, a pieca lub kominka żadnego nie widzieliśmy.

Wychodziłem, będąc pod wielkim wrażeniem. Zdecydowanie warto zobaczyć to brazylijskie złoto zamienione w mury. A najlepiej o takiej porze, jak my byliśmy, gdy w tym wielkim gmachu chodzi się niemal pustymi korytarzami.

Czytaj dalej

Copyright © 2014