Praia dos Pescadores

Plaża Rybaków. Taką pretensjonalną nazwę nosi miejsce, gdzie rozegrał się końcowy akt historii portugalskiej monarchii. Zagrożony aresztowaniem przez zwycięskich republikańskich puczystów, dwudziestoletni król Manuel II wsiadł tu na łódź, która miała dostarczyć go na zacumowany opodal jacht królewski. Choć tego wówczas nie przewidywał, opuścił Portugalię na zawsze. To było 5 października 1910 roku, a my znaleźliśmy się tam 19 lutego 2018 roku mniej więcej z tego samego powodu, co ostatni monarcha – jest to miejsce na wybrzeżu najlepiej skomunikowane z Mafrą i jej pałacem. Piaszczysta plaża położona jest w zatoce, sąsiadujący z nią port rybacki, osłonięty falochronem. Brzeg jest skalisty. W górze na klifie znajduje się miasteczko noszące nazwę Ericeria. Domy w większości jednopiętrowe, bielone, z pomalowaną na niebiesko podmurówką i krawędziami ścian, przyległe jeden do drugiego, tworzące labirynt wąskich uliczek.

Przed południem w Cascais świeciło słońce, a temperatura wynosiła nawet dziewiętnaście stopni. W Ericerii niebo było całkowicie zachmurzone, znad morza wiał porywisty wiatr. Trudno było myśleć o dłuższym spacerze. Znaleźliśmy małą knajpkę, ulokowaną na klifie ponad portem. Tradycyjną portugalską, gdzie ludzie przychodzą zjeść posiłek, a nie towarzysko spędzać czas. Nazywała się „Tasquinha do Joy”, co można by przetłumaczyć jako „Garkuchnia Radość”, ale byliśmy nad morzem, w ładnej miejscowości, nieopodal rybackiej przystani, więc niech to będzie raczej „Tawerna Radość”. Stolik znaleźliśmy wolny, ale że trwała jeszcze pora lunchu i gości było dużo, na zamówione dania czekaliśmy dość długo. Nawet właściciel, jak można by się domyślać, podszedł do nas i przepraszał, że tyle to trwa. My wszakże byliśmy szczęśliwi, że możemy posiedzieć w cieple w tym sympatycznym miejscu. W żadnym wypadku nam się nie spieszyło. Agnieszka zamówiła okonia morskiego z rusztu, mnie się trafił dorsz z dużą ilością oliwy i czosnku (Kamila oczywiście nawet nie chciała spróbować ryby i wzięła serowego omleta). Do tego kelner przyniósł vinho verde, lekko musujące młode wino, serwowane tu w glinianych kubkach, objętości na pewno większej niż standardowy kieliszek. Już po wypiciu paru łyków mile szumiało w głowie.

Czytaj dalej

Copyright © 2014