Wzdłuż wschodniego wybrzeża

Obserwowanie z Platja de Palma wzbijających się ponad morzem samolotów pozwala najlepiej uświadomić sobie skalę wakacyjnej turystyki na Majorce. Cztery, pięć minut i kolejny airbus bądź boeing wznosi się do góry (a wcześniej lądował z więcej niż setką pasażerów). Ruch niemal jak na największych europejskich lotniskach. Kurorty skoncentrowane w rejonie zatoki Palma (południowy zachód) i Alcudia (północny wschód) są faktycznie tłoczne i gwarne. Wystarczy jednak odjechać kilka, kilkanaście kilometrów, aby znaleźć się w całkowicie innym świecie.

My wybraliśmy się na najbardziej wysunięty na północ przylądek Formentor. Z Punta Reina najciekawsza droga biegnie wzdłuż wschodniego wybrzeża przez Capdeperę (miasteczko na wzgórzu, ponad nim wspinający się na szczyt wzniesienia zamek, stąd zobaczyć można na horyzoncie zarys Minorki), Artę (tu też forteca i sanktuarium na wzgórzu, które widzieliśmy tylko z drogi) i Alcudię (mieliśmy wstąpić w drodze powrotnej, ale brakło już chęci i czasu; przejechaliśmy tylko wzdłuż murów miejskich bez wrażenia, że wewnątrz jest coś rzeczywiście wartego zobaczenia).

Trasa, choć biegnie wzdłuż wybrzeża, nie prowadzi w bezpośrednim sąsiedztwie morza. Oddalona jest od niego o dobrych kilka kilometrów. Szosa jest nowa, gładziutki asfalt, ale powiela trakt, którym przez całe wieki odbywała się komunikacja. A życie tu koncentrowało się wewnątrz wyspy; z morza pochodziło zagrożenie, częste łupieżcze wyprawy piratów, bezpieczniej więc było budować siedziby w głębi lądu. Jadąc, mamy możliwość zobaczyć, jak wygląda majorkański interior. W tym nadmorskim pasie krajobraz jest sielski, lekko pofałdowany, zdominowany przez plantacje drzew oliwnych i owocowych, poprzecinany murkami z luźno ułożonych kamieni. Kilkanaście kilometrów przed Alcudią teren staje się równinny, a perspektywę zamyka ciągnący się wzdłuż całego północnego wybrzeża, groźnie wyglądający łańcuch gór Tramuntana. Cel naszej wyprawy już blisko!

Mamy szczęście, bo na przeciąg trzech godzin niebo zakrywa gęsta masa chmur. Dzięki temu po pokonaniu stromego wjazdu na Mirador des Colomer, patrząc na nagie, kilkudziesięciometrowe, urwiste klify przylądka Formentor, możemy poczuć się jak w jakiejś odległej i dzikiej krainie fantasy (patrz: zdjęcia). Potem droga wije się jeszcze kilkanaście kilometrów docierając do końca cypla, na którym zbudowano latarnię morską. Dalej już tylko bezkres morza.

 

Czytaj dalej

Copyright © 2014