Konno przez Podole

Poranne słońce wspina się ponad widnokrąg. Znajdujący się poniżej jar Seretu spowija gęsta mgła. Wśród namiotów przechadza się indycze stadko. Jest sielsko i anielsko.

W sadzie stoi prowizoryczna kabina prysznicowa. Woda leci zimna, za to widok jest stąd przepiękny. Biorę prysznic, który marzył mi się przez połowę wczorajszego dnia.

Powoli wszyscy się budzą. Nie ma pośpiechu. Dzisiejsza trasa ma być ulgowa, „lajtowa” według określenia Adama.

Kiedy o wpół do dwunastej wsiadamy na konie jest już bardzo gorąco. Wczoraj temperatura też była w okolicach 35 stopni, ale podróżowaliśmy klimatyzowanym samochodem. Dziś czeka nas jazda przez otwartą przestrzeń. Ruszamy w dziesięć koni – nasza dziewiątka plus Wołodia, miejscowy przewodnik.

Jedziemy stępem w kierunku północnym, wzdłuż traktu, którym wczoraj przyjechaliśmy. Widoczność nie jest ostra, bo niebo jest przymglone. A może tylko tak mi się wydaje, bo do jazdy konnej zawsze ściągam okulary. Nie siedziałem w siodle przez cały ostatni miesiąc i po pierwszej godzinie czuję już tego efekty. Tyłek, kręgosłup, kolana. Wszystko zaczyna mnie boleć. Kiedy dla urozmaicenia jazdy, ruszamy kłusem, modlę się, żebyśmy jak najszybciej wrócili do leniwego stępa. Do tego dochodzi straszna spiekota. Pić się chce straszliwie, a wcześniej nie przyszło mi na myśl, żeby zabrać ze sobą butelkę wody. Na szczęście inni byli bardziej przewidujący. Dzielimy się tym, co mamy, żeby każdy chociaż zwilżył usta.

Chwilową ulgę przynosi dopiero trzecia godzina. Kierujemy się w dół do Seretu, wjeżdżamy do rzeki, żeby napoić konie, a potem na brzegu można zsunąć się z siodła, napić się i schłodzić w niewielkim strumieniu. A potem znowu na koń i dalej na północ.

Nie tylko ja odczuwam trudy jazdy. Co chwila ktoś wyciąga nogi ze strzemion, prostuje je, albo wstaje w strzemionach, przeciąga się.

Droga niemiłosiernie dłuży się. Lepiej więc przerwać tę opowieść i zacząć od tego, jak tu w ogóle znaleźliśmy się.

Czytaj dalej

Copyright © 2014