We Lwowie

Lwów, 20/08/2010

We Lwowie mamy wynajęty apartament: pokój z kuchnią (300 hrywien za noc). Bardzo ładnie urządzony i perfekcyjnie utrzymany. Za to kamienica, w której się mieści, sprawia przygnębiające wrażenie. Na pewno nie była remontowana od wojny, a mieszkali w niej lokatorzy z państwowego kwaterunku, mało dbający o estetykę budynku.

Nasza ulica – Doroszenki – dochodzi bezpośrednio do Bulwarów Swobody, a więc ścisłego centrum miasta. Idziemy pieszo pięć minut i już jesteśmy przy pierwszym obowiązkowym punkcie zwiedzania Lwowa, pomniku Adama Mickiewicza. A potem ruszamy z przewodnikiem w ręce, odkrywając krok po kroku uroki miasta. Kościół Jezuitów, pomnik Tarasa Szewczenki, Teatr Wielki Opery i Baletu, cerkiew Przemienienia Pańskiego, kwartał ormiański, kościół Dominikanów, Wały Gubernatorskie, cerkiew Wołoska, kościół Bernardynów, kaplica Boimów, katedra łacińska, Rynek.

Wędrujemy przez miejsca, które przynależą do różnych kultur, ale to wiemy tylko dzięki przewodnikowi. Gdyby iść, zwracając uwagę jedynie na architekturę, to Lwów zdecydowanie trzeba by dopisać do kultury łacińskiej, zachodniej. To taki mniejszy, bardziej prowincjonalny Kraków, miasto z podobnym klimatem, ale bardziej kameralne.

Widać, że dużo się tu remontuje. Powstało mnóstwo knajp. Ale już na przykład sklepy są mocno w tyle – przy głównych ulicach nie ma salonów z markową odzieżą, sklepy spożywcze są co krok, ale niemal każdy z tradycyjną sprzedażą zza lady.

Widok szpecą setki metrów kabli rozciągniętych między budynkami – tramwajowych, energetycznych, telefonicznych. Trudno zrobić zdjęcie większym budynkom tak, żeby kadru nie przecinała czarna linia.

Po czterogodzinnym spacerze, kiedy zapada już zmrok, wracamy do naszego lokum. I tu konsternacja – kiedy szliśmy do centrum, ulica była dość ruchliwa, a na chodnikach parkowały samochody. Teraz ulica opustoszała, większość aut zniknęła. Nasz mondeo stoi osamotniony, a przecież jesteśmy dwa kroki od centrum. W dużym polskim mieście taka sytuacja byłaby nie do pomyślenia.

Zaczynam odczuwać niepokój o los naszego samochodu, bo polskie autocasco na Ukrainie nie obowiązuje. Wsiadam nawet i przejeżdżam kilka przecznic w poszukiwaniu hotelu z parkingiem strzeżonym, który podobno miał się gdzieś tutaj znajdować, ale na nic takiego nie trafiam. Trudno. Zakładam jedynie blokadę skrzyni biegów i wracam do mieszkania.

Czytaj dalej

Copyright © 2014