Boleść i spiekota

Monastyrek – Ulaszkowce, 13/08/2010

Poranne słońce wspina się ponad widnokrąg. Znajdujący się poniżej jar Seretu spowija gęsta mgła. Wśród namiotów przechadza się indycze stadko. Jest sielsko i anielsko.

Zbieramy się powoli. Dzisiejsza trasa ma być ulgowa, „lajtowa” według określenia Adama, wiec nie ma pośpiechu. Ruszamy w dziesięć koni – nasza dziewiątka plus Wołodia, miejscowy przewodnik. Posuwamy się stępem w kierunku północnym, wzdłuż traktu, którym wczoraj przyjechaliśmy.

Nie siedziałem w siodle przez cały ostatni miesiąc i po pierwszej godzinie czuję już tego efekty. Tyłek, kręgosłup, kolana. Wszystko zaczyna mnie boleć. Na dodatek jest bardzo gorąco, jak nic 35 stopni stopni w cieniu, ale tu cienia nie ma. Jedziemy przez otwartą przestrzeń. Pić się chce straszliwie, a mi nie przyszło na myśl, żeby zabrać ze sobą butelkę wody. Na szczęście inni byli bardziej przewidujący. Dzielimy się tym, co mamy, żeby każdy chociaż zwilżył usta.

Po trzech godzinach kierujemy się w dół do Seretu, wjeżdżamy do rzeki, żeby napoić konie, a potem na brzegu można zsunąć się z siodła, napić się i schłodzić w niewielkim strumieniu. A potem znowu na koń i dalej na północ. Co chwila ktoś wyciąga nogi ze strzemion, prostuje je, albo wstaje w strzemionach, mając nadzieję na chwilę odprężenia.

Po ponad pięciu godzinach od wyjazdu docieramy do wsi Ulaszkowce. Tu idziemy jakiś kilometr asfaltem, prowadząc konie za wodze. Do wszystkich nieszczęść niektórzy z nas doliczyli po tym marszu otarcia stóp.

Potem wchodzimy do niewielkiego zagajnika, gdzie rozbite już jest nasze obozowisko. Jak to dobrze, że konie możemy przekazać od razu ukraińskim opiekunom. Z samochodu kwatermistrzowskiego biorę butelkę zimnego piwa i wypijam ją duszkiem. Po chwili wszyscy leżymy na materacach rozłożonych w cieniu drzew. Jacek proponuje nam zjedzenie zupy, ale nikt nie ma siły się ruszyć.

Po pół godzinie podejmuję desperacką próbę przywrócenia życia moim członkom. Biorę mydło i ręcznik, i idę się umyć. Urządzenie, przy którym można to zrobić, przypomina wieżę ciśnień (jak się potem okazało rzeczywiście taką funkcję pełniło, a identyczne pordzewiałe instalacje można było zobaczyć niemal w każdej mijanej wsi). Ze zbiornika wyprowadzona jest rurka z zaworem. Żeby przekręcić zawór, konieczne jest użycie kamienia. Po chwili woda już ciecze, szkoda tylko, że na wysokości zaledwie jednego metra. Umyć się, umyłem, a zaraz potem miejscowi przyprowadzili tu kilka krów do napojenia.

Rozmowa przy kolacji nie klei się dzisiaj. Chyba wszyscy chcieliby już zakończyć ten „lajtowy” dzień.

 

Czytaj dalej

Copyright © 2014