Galopem przez rżyska

Kudryńce – Krzywcze, 18/08/2010

Dochodzi już trzecia po południu. Pani Wira ugotowała dziś barszcz ukraiński. Szybko go zjadamy, pijemy strzemiennego i dosiadamy koni. Na pytanie o długość trasy Adam jak zwykle odpowiada wymijająco.

Za Wołodią ruszamy stromą wąską ścieżką w kierunku ruin zamku, tą samą, którą wczoraj już się wspinaliśmy. Teraz wyjeżdżamy na końskim grzbiecie. Muszę się niemal położyć, żeby zmieścić się pod łukiem bramy wjazdowej. Przejeżdżamy przez ruiny i kierujemy się dalej grzbietem wzgórza w kierunku pobliskiego lasu. W tym momencie zaczyna padać deszcz.

Po raz pierwszy (a jak się potem okazało, również ostatni) wyciągamy peleryny. Deszcz jest umiarkowanie intensywny, poza tym jest cały czas ciepło, więc nie odczuwamy żadnego dyskomfortu. Zresztą padało ledwie przez kwadrans, a potem niebo zaczęło się stopniowo wypogadzać.

Lasem jechaliśmy ponad godzinę. I przez starszy drzewostan, i przez młodniki. Leśnymi duktami. Czasem w górę, czasem w dół. Wśród dębów, buków, grabów. Po wędrówce stępem taka jazda jest ciekawym urozmaiceniem.

na P1070160

Aż dziw, że wydostajemy się z tego kompleksu leśnego we właściwym miejscu. Ruszamy w kierunku północno-zachodnim. Po lewej ręce ciągnie się Iwanie Puste. Chwilę jedziemy asfaltem Mielnica-Borszczów. Skręcamy w drogę, pomiędzy domami wiodącą w pole. Na łące grupa miejscowych – i stareńkie babcie, i ubrani w krótkie porcięta chłopcy. Pasą krowy.

Wypoczęte konie idą raźno. Nie trzeba ich nawet specjalnie poganiać, żeby przejść do dynamicznego galopu. Przed nami długie, lekko wznoszące się pole skoszonego już zboża. Przed chwilą jeszcze jechaliśmy w szyku, teraz rozpierzchamy się. Unoszę się w strzemionach, żeby pomóc Hrubemu rozwinąć większą prędkość. Trzymamy równy dystans do czołówki, ale z tyłu doganiają nas inni. Hruby okazuje się ambitnym koniem i wyrywa jeszcze bardziej do przodu. Wspaniały widok galopujących rumaków. Wspaniałe uczucie prawdziwej wolności.

Jest już późne popołudnie, kiedy wjeżdżamy w obszar stepowych muraw. Miękkie światło zachodzącego słońca podkreśla soczystość trawy. Powietrze jest rześkie i przewiane, pozwala sięgnąć wzrokiem daleko ponad najbliższe pagórki. Krajobraz staje się bardzo plastyczny; to obniżająca się tarcza słoneczna rozpoczyna grę światłem i cieniem.

W czasie pięciu godzin dzisiejszej jazdy ani razu nie zsiadaliśmy z koni. Zmierzcha się, więc jestem zadowolony, że docieramy do końca etapu; gdyby nie to, mógłbym jechać dalej. Męki pierwszych dni odeszły w niepamięć, teraz czuję się niemal zrośnięty z siodłem.

Nasz obóz został rozbity w jarze Cyganki. Kiedy zasiadamy do kolacji jest już całkiem ciemno. I bardzo zimno. Ubrałem polar, zjadłem gorące danie i dalej towarzyszy mi uczucie chłodu. Siadam blisko rozpalonego ogniska.

 

Czytaj dalej

Copyright © 2014