Granica z ZSRR

Filipkowce – Kudryńce, 17/08/2010

Droga ciągnie się w dół przez wieś. Zjeżdżamy do jaru, który prowadzi w stronę rzeki. Po naszej lewej ręce na wysokim wzgórzu wznoszą się majestatycznie ruiny zamku. Dojeżdżamy do rzeki i skręcamy w lewo. Mury widoczne są teraz od drugiej strony, sterczące nad niemal pionowym zboczem. Jesteśmy w Kudryńcach nad Zbruczem.

Za chwilę zjeżdżamy nad samą wodę. Docieramy do naszego obozowiska. Pora ku temu jest najlepsza, bo wkrótce z czarnej chmury padają grube krople deszczu. Nakryty już do obiadu stół przenosimy do dużego namiotu, dziś po raz pierwszy rozłożonego przezornie przez naszych gospodarzy. Jemy zupę, a po dziesięciu minutach jest już po deszczu.

Między zupą a stanowiącym kolację drugim daniem, idziemy zdobyć górujące nad nami wzgórze. Warto było! Roztacza się stamtąd widok na całą okolicę. Zbrucz płynie zakolami przez dolinę, rozcinając wieś na dwie części. Stanowi nie tylko naturalną barierę. Przed wojną była to granica między Polską a Sowietami, dziś to granica ukraińskich obwodów.

Małe domki, zagrody, sady, krowy pasące się na łąkach. Wszystko to malowniczo wygląda z góry. Widok psuje jedynie jakaś fabryczka zbudowana po „niepolskiej” stronie. Staram się jej nie zauważać.

Wzgórze ma kształt cypla. Nic dziwnego, że to miejsce wybrano do budowy obronnego zamku. Kiedy Turcy opanowali Kamieniec Podolski, stanowił on jedną z baz wojsk Rzeczypospolitej. W połowie XIX wieku został ostatecznie opuszczony przez właścicieli i popadł w ruinę.

Po kolacji czeka nas niespodzianka. Przyjeżdża miejscowa kapela. Chłopy, które dopiero co oderwały się od zajęć gospodarskich. Krzepcy, o czerstwych twarzach, pobłyskujący złotymi zębami. Grają skoczne melodie na dwa akordeony, skrzypce i bęben, niekoniecznie ze sobą zestrojone. Folklor prawdziwy.

 

Czytaj dalej

Copyright © 2014