Nad Dniestrem

Nyrków – Uścieczko, 14/08/2010

Mija już ósma godzina naszej jazdy, kiedy wyjeżdżamy z lasu i widzimy w dole płynącą szerokim korytem rzekę. Po lewej biegnie szosa prowadząca do mostu posadowionego na wysokich filarach. My zjeżdżamy w prawo do wioski. Na samym jej początku skręcamy w drogę, która doprowadza nas do wody. Trudno mi w to uwierzyć, ale w ten nieoczekiwany sposób znaleźliśmy się dziś nad samym Dniestrem.

Niezawodna ekipa obsługi przejmuje od nas konie, zabieramy więc tylko nasze bagaże i przenosimy je do namiotów. Adam zachęca nas do kąpieli przed obiadem. Idziemy z Dorotą dwieście metrów w górę rzeki. Wchodzimy do wody. Jest niemal równie ciepła jak w Morzu Śródziemnym. Rozkosz!

Przeciwległy brzeg jest zalesiony i stromo opada w kierunku rzeki. Dniestr ma tu jakieś sto metrów szerokości. Zastanawiam się, czy dałoby się przejść na drugą stronę. Woda nie jest głęboka. Cały czas czuję dno, ale od połowy nurt staje się tak silny, że niemożliwe staje się utrzymanie prostopadłego kierunku. Rezygnuję. Spływamy z nurtem do naszego obozowiska. Zabawa jest przednia, powtarzamy więc spływ jeszcze raz.

Potem przychodzi czas na konie. Po kolei wprowadzane są do rzeki i dokładnie myte.

A rzeka żyje. W odstępie pół godziny przybijają do naszego brzegu trzy jednostki pływające: samodzielnie sklecona tratwa z ustawionym na niej namiotem, katamaran i dwumasztowa łajba. Ich załogi szukają miejsca biwakowego. Nie ma problemu, nadbrzeżna polana pomieści wszystkich.

Rozpalamy ognisko. Ogień przyciąga dwóch Ukraińców, jak to na turystycznym szlaku bywa. Jeden dużo gada. Mówi po ukraińsku, ale wtrąca od czasu do czasu polskie słowa. Opowiada, jak polska babcia wysyłała go do sklepu po makaron do rosołu. Drugi w zasadzie się nie odzywa. Choć mieszka we Lwowie, zna tylko rosyjski. Przedstawiciele jednego narodu i dwóch kultur

 

Czytaj dalej

Copyright © 2014