W jarach i przez pola

Kołodróbka – Filipkowce, 17/08/2010

Jest jeszcze ciemno, kiedy budzą mnie mocne podmuchy wiatru, szarpiące poły namiotu. Zapinam starannie klapę wejściową. Pewnie niedługo lunie deszcz.

Deszcz jednak nie spadł, za to poranek jest chłodny, wietrzny, pochmurny. Po raz pierwszy w czasie tego wyjazdu ubieram bluzę polarową. Zajadając warenyky przygotowane przez naszą kucharkę, panią Wirę, zastanawiam się, jak ubrać się do drogi. Ostatecznie decyduję się, tak jak w poprzednich dniach, na koszulkę z krótkim rękawem. I to dobra decyzja, bo wkrótce niebo przeciera się, a słońce najpierw nieśmiało, potem bardziej zdecydowanie, ogrzewa nas swymi promieniami.

Łukiem omijamy Kołodróbkę, bierzemy konie za wodze i maszerujemy drogą pod górę. Powyżej, wzdłuż jaru rozciąga się step. Posuwamy się nim na wschód.

Z wysokiego brzegu wspaniale widać Dniestr i ciągnące się za nim zielone pola Bukowiny. Wkrótce rzeka bierze ostry zakręt na południe. W tym zakolu malowniczo wyeksponowane jest zbocze jaru, strome, częściowo skaliste, porośnięte stepową roślinnością, dochodzące do samej wody. To zdjęcie tego miejsca wydawnictwo Rewasz wybrało na okładkę swego znakomitego przewodnika po Podolu.

Ustawiamy konie i robimy pamiątkową grupową fotkę.

Dniestr płynie na południe, my ruszamy w przeciwną stronę, ale tylko po to, aby dotrzeć do polnej drogi, która łukiem wprowadza nas do kolejnego jaru, jaru Niczławy.

Dolina jest szeroka, ale stopniowo zwęża się. W końcu odległość między zboczem a meandrującą rzeczką jest niewiele większa niż droga, którą jedziemy. Spodziewam się, że dojeżdżamy do krańca doliny, ale niespodziewanie jar rozszerza się i wkraczamy do wioski Filipkowce.

Przywykliśmy już do tego, że nasze pojawienie się wzbudza sensację we wsi. Ludzie wychodzą przed domy, dorośli pokazują nas i nasze konie swoim dzieciom. Tu w Filipkowcach jest tak samo. A z jednego z domostw wychodzi starsza kobieta, zatrzymuje naszą szpicę i zwraca się z prośbą o znalezienie krewnych w Polsce. Jadąca na czele Małgosia notuje dane osobowe. Może uda jej się skojarzyć rozłączoną rodzinę.

Choć dziś temperatura jest całkiem przyjemna, pewnie około 25 stopni, tradycyjnie robimy postój przy sklepie. Kiedy Dorota idzie kupić coś do picia, przytrzymuję oba konie. Zza płotka z zainteresowaniem obserwuje mnie staruszka. Z Polszczy? – pyta. Z Polszczy, z Krakowa – odpowiadam. Kraków zna, była tam na wycieczce szkolnej. Oczywiście przed wojną. Bo tu Polszcza była – dopowiada. Polskiego uczyła się w szkole i wszystko rozumie. Kiedy jednak mówię dłuższe zdania, widzę, że jest inaczej. Fakt, to nie jest ten polski, którym mówiono tu siedemdziesiąt lat temu.

Ponad wsią zaczynają się pola uprawne i łąki. Teren jest tu bardziej pofalowany niż w rejonach, przez które jechaliśmy w poprzednich dniach. Droga więc ani trochę się nie nuży.

Przekraczamy szosę Mielnica-Borszczów i jedziemy przez pola wzdłuż wioski Iwanie Puste. Nagle drogę przecina nam płytki rów z płynącym w nim strumykiem. To okazja, żeby napoić konie. Gorzej, że tylko kilka z nich decyduje się na przeprawę na drugą stronę. Hruby idzie w zaparte. Nie pomaga kilka najazdów, mocne uderzenia łydkami. Muszę zejść, samemu przeskoczyć rów i dopiero teraz, kiedy ciągnę go za wodze, Hruby robi susa. Ależ z niego strachajło!

 

Czytaj dalej

Copyright © 2014